
Milczenie. Zapalniczka poczęła parzyć palce Doktora. Zgasił ją. Znowu zapadła ciemność.
– Zawsze mówiłem, że jesteśmy z lepszego materiału - powiedział po ciemku Doktor.
– Czy ktoś z was ma nóż?
– Ja mam. Przeciąć liny?
– Jeżeli możesz wy leźć bez przecinania, to lepiej. Ja nie mogę.
– Spróbuję.
Dał się słyszeć odgłos szamotania, przyspieszony oddech, coś stuknęło, rozległo się zgrzytnięcie szkła.
– Jestem na dole. To znaczy - na ścianie - powiedział Chemik. Głos jego dobiegł z dna ciemności. - Doktorze, poświeć na chwilę, to wam pomogę.
– Ale spiesz się. Benzyna się kończy.
Zapalniczka znowu zabłysła. Chemik krzątał się przy kokonie Koordynatora, mógł dosięgnąć tylko jego nóg. Wreszcie udało mu się odciągnąć częściowo boczny zamek błyskawiczny i Koordynator spadł ciężko na nogi. We dwóch pracowali szybciej. Po chwili wszyscy stali już na skośnie przechylonej, obitej półelastyczną masą ścianie sterowni.
– Od czego zaczniemy? - spytał Doktor. Zacisnął brzegi rany na czole Cybernetyka i nałożył na nią plaster. Miał go w kieszeni. Zawsze nosił przy sobie niepotrzebne rzeczy.
– Od stwierdzenia, czy uda się wyjść - odparł Koordynator. - Najpierw musimy mieć światło. Co tam? Już? Doktorze, poświeć mi tu, może jest prąd w końcówkach tablicy, przynajmniej w rozrządzie sygnalizacji alarmowej.
Tym razem zapalniczka wykrzesała tylko iskrę. Doktor pocierał kamyk, aż starł sobie skórę z palca, błyskając tuż nad szczątkami pogruchotanej płyty, w której grzebali, klęcząc, Koordynator z Inżynierem.
– Jest? - spytał Chemik, stojący z tyłu, bo nie było już dla niego miejsca.
– Na razie nic. Nikt nie ma zapałek?
– Ostatni raz widziałem zapałki trzy lata temu. W muzeum - oświadczył niewyraźnie Inżynier, bo usiłował zębami oderwać izolację z końca przewodu. Naraz mała niebieska iskra oświetliła złożone w muszlę ręce Koordynatora.
