
Masz rację, wróbelku, nie należy się poddawać, pomyślała i zerwała się z miejsca. Spojrzała na instytut, mruknęła: – Zobaczymy! – odgarnęła nogą źdźbła trawy i zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę tarasu restauracji.
O tak wczesnej popołudniowej porze było tu spokojnie. Res wyszukała sobie miejsce, z którego mogła objąć wzrokiem salę, w roztargnieniu wodziła palcem po klawiaturze pulpitu dyspozycyjnego, po czym podjąwszy nagłą decyzję, zaprogramowała dosyć obfite menu.
Dopiero teraz rozejrzała się wokoło. Sala jadalna, urządzona z przepychem, robiła wrażenie zaniedbanej: kwiaty na stołach sprzed dwóch dni, poplamione tu i ówdzie taśmy obsługujące, śmieci na dywanie oddzielającym dwa rzędy stołów.
Res nie obejrzała jeszcze wszystkiego, kiedy obok niej odezwał się brzęczyk, a taśma obsługująca zatrzymała się.
Res spojrzała na potrawy i… osłupiała. Jeden talerz pusty. Na pstrągu z sąsiedniego półmiska piętrzył się bigos, w kompotierce znajdował się płyn, który przypominał raczej rozpuszczone masło, a na taśmie leżały polanę sokiem kostki ananasa.
Pierwszym odruchem Res był gniew. Potem pomyślała, że to wszystko wygląda humorystycznie. Odszukała na klawiaturze odpowiedni przycisk i wcisnęła go, wzywając porządkowego.
Zadziwiająco szybko zjawił się blady, młody mężczyzna.
– Spójrz tylko, proszę – powiedziała uprzejmie Res, wskazując ręką na taśmę.
Mężczyzna popatrzył, zmarszczył czoło, po czym zauważył:
– Co za łajdak! Znowu staje dęba. Teraz przesuwa taśmę za szybko. To znaczy – w zamyśleniu przytknął palec do policzka – przekaźnik chyba nawalił…
– Tak, tak – przerwała mu Res niecierpliwie. – Ale mój przekaźnik jest w całkowitym porządku. I wyobraź sobie, że sygnalizuje głód. A więc postaraj się, żeby ten łajdak nie włożył teraz pstrąga do kompotu.
