
Obiektyw przesunął się na chodnik. Ale tam nie było już płyt, jedynie kotłująca się bladoszara masa.
Teraz ukazał się fragment pomalowanej ściany: kolor zmienił się, gładka niegdyś powierzchnia stała się porowata, skurczyła się, proces obejmował stopniowo całą ścianę, jak gdyby w bibułę wsiąkała szara woda. Tumany pyłu stawały się coraz gęstsze, podstawa ściany zniknęła w chmurze.
Obraz zmniejszył się. Śmigłowiec oddalił się nieco. Po krótkiej chwili olbrzymi wieżowiec zapadł się przy akompaniamencie głuchego łoskotu, brzęku zrywających się zbrojeń stalowych i pękającego szkła…
Ogólny widok upiornie zapadających się domów. Niektóre z nich przewracały się. Narastający pył litościwym całunem okrywał coraz powszechniejszą śmierć miasta.
Nagle zupełnie inne ujecie: ludzie w kombinezonach ochronnych na cysternach i maszynach wznoszą tamy i rozpryskują pianę. Pracują spiesznie, ale nie chaotycznie, bez paniki.
W polu widzenia ukazał się inny śmigłowiec, który wisiał na wysokości około sześciu metrów, nieco na uboczu. Znajdował się w nim jakiś człowiek z mikrofonem, odziany również w kombinezon ochronny. Obraz nagle urwał się.
– To byłam ja – powiedziała Res.
– Okropne – odezwała się Ewa. Twarz miała zaczerwienioną, wzrok zdradzał przerażenie.
– Tak – odparła lakonicznie Res. – Straszne i przytłaczające!
Ewa milczała przez chwilę, potem zapytała: A drugie miasto, które znajduje się na trasie ich marszu, Noua…?
– Nouakchott – podpowiedziała Res. Wzruszyła l nieznacznie ramionami. – Na wszelki wypadek trzeba je będzie chyba również ewakuować, ale bardziej planowo niż pierwsze. Próbujemy wznieść tamy bakteriologiczne i chemiczne dla ochrony większych dzielnic. Niestety te stare miasta mają za dużo betonu, musimy więc zbudować masywne, kilkumetrowe pasmo ochronne.
