
Dowódca Tocs uśmiechnął się. Myślał w tej chwili o trudnym manewrze wyjścia na ląd. Wszystkich ogarnęła niecierpliwość, kiedy dostrzegli wreszcie ziemię, tylko ja zwlekałem. Ty również, Chris, początkowo tego nie zrozumiałeś.
Tocs odwrócił się i spojrzał z boku na Chrisa, który stał przy oknie, wpatrując się w ciemność. A jednak to był dobry sposób: najpierw poczekać na najwyższą falę, potem poddać się jej, osiąść i trzymać się mocno tego miejsca. Tą metodą, drogi Chris, można było posunąć się od razu spory kawał w głąb lądu i nie bać się, że następna fala porwie nas ze sobą.
Chris Noloc czuł przypływ dumy. Nareszcie jakieś zadanie, pomyślał. Co za ogłupiająca wędrówka, mimo tych potworów! Właściwie było szalenie nudno…
Ciekawe, dlaczego Robert wahał się, wyznaczając dowódcę wyprawy? Przecież dla wszystkich było jasne, że funkcję tę obejmie Ennil albo Gela. Co prawda pesymizm Ennila nie wpływa na innych zbyt budująco. Chris wytężył wzrok, aby dostrzec coś na zewnątrz w nikłym oświetleniu mostka. Żwirowisko i stosy wygładzonych kamieni, pomiędzy nimi olbrzymie ślady pozostawione przez jakieś płazy. Zwykłe wybrzeże, pomyślał, podobne do brzegu na naszej wyspie.
– Chris, poleciłem Ennilowi, żeby wziął cię ze sobą – odezwał się nagle Tocs, patrząc ciągle w przestrzeń.
– Tak – odpowiedział spokojnie Chris. – Ennil rozmawiał ze mną. Carol pojedzie jako lekarka, a Karl Nilpach jako pilot i mechanik.
– Co sądzisz o wyborze Charles'a na kierownika? – zapytał Tocs.
Pytanie zaskoczyło Chrisa. Regulamin nie zezwalał na krytykę czy nawet ustosunkowywanie się do decyzji dowódcy. Wzruszył ramionami, po czym odparł niepewnie:
– To, że ostrzega przed niebezpieczeństwem, nie jest według mnie niewłaściwe. Szkoda tylko, że nie znalazł sobie ku temu lepszej okazji. Wydaje mi się, że kierownik nie powinien wyliczać w kółko znanych wszystkim trudności. Trzeba jednak przyznać, że nie trzyma się utartych dróg i jest bardzo dobrym fachowcem.
