
– Jak to się stało? – szepnęła wreszcie.
– Nie wiem dokładnie – odparł tym samym tonem Karl. – Ale wydaje mi się, że istnienie tu tylu gatunków tych bestii to nasze szczęście; jedna pożera drugą. Prawdopodobnie obrały jaskółkę z wszystkiego, co nadawało się do jedzenia.
– Zgadza się – zawołał głośno Chris. – To były mrówki, widziałem je.
Charles i Carol zerwali się na równe nogi. Byli jeszcze zaspani, ale otrzeźwieli momentalnie, kiedy dowiedzieli się, co się stało.
– Ciekawe, ciekawe – powiedział Ennil, rozglądając się po nowym otoczeniu. – A więc znajdujemy się we wnętrzu szkieletu.
Karl zaczął otwierać pokrywę śluzy.
– Oszalałeś! – krzyknęła Gela. – Tu są te okropne bestie, mrówki. Jesteś pewien, że nie czyhają gdzieś w pobliżu?
– Żadnych nie przemyślanych kroków – rzekł zdecydowanie Charles. – Musimy uzgodnić to z “Oceanem II”.
Po uzyskaniu kontaktu przedstawił Tocsowi ich aktualną sytuację.
– Za dwie godziny maszyna będzie u was. Z góry sprawdzimy, czy nic wam nie grozi. Do tego czasu nie ruszajcie się z miejsca – zarządził Tocs.
Stosunkowo szybko zostali oswobodzeni.
Jaskółka w swym pośmiertnym locie opuściła się na pustkowie, płaskie wzniesienie tuż na granicy strefy roślinności. Wokół pagórka wznosiły się ku niebu olbrzymie rośliny, których liście, podobne do długich wstęg, miały szerokość niemal trzydziestu stóp.
Po mrówkach i innych zwierzętach nie było na razie żadnego śladu. Wzgórze dawało też pewne schronienie, ewentualne niebezpieczeństwo można było w porę zauważyć. Na wszelki wypadek Charles utworzył z załogi helikoptera ratunkowego nieduży oddział wartowniczy. Potem zaczęto wyciągać uwięziony helikopter z tego osobliwego “hangaru pierścieniowego”, jak wyraził się Karl. Nie było to trudne zadanie: teren, na którym spoczywał szkielet, był spadzisty. Helikopter ratunkowy wzniósł się nad miejscem wypadku, a Karl, zawieszony na linie, przerwał wiązadła między kręgami. Było to niezbędne tylko tam, gdzie nie ubiegły ich kleszcze mrówek.
