
– Gdzie go znaleźli?
– Na pustyni – odparła Neagley. – Około osiemdziesięciu kilometrów na północny wschód stąd. Na twardym piasku wśród małych skał, w odległości stu metrów od pobocza drogi. Żadnych śladów stóp w jedną lub drugą stronę.
Kelnerka przyniosła jedzenie. Reacher przerwał, gdy zdejmowała talerze z tacy, a następnie zaczął jeść kanapkę, trzymając ją w lewej ręce, aby prawa była czysta i można nią było przewracać kolejne strony raportu.
– Dwóch zastępców szeryfa zauważyło myszołowy zataczające kręgi w powietrzu. Poszli sprawdzić. Wspięli się na skały – Zeznali, że wyglądało to tak, jakby facet spadł z nieba. Lekarz sądowy był podobnego zdania.
Reacher pokiwał głową. Zapoznawał się z opinią lekarza: zoon nastąpił w wyniku upadku na twardy piasek z wysokości około dziewięciuset metrów. Siła uderzenia mogła spowodować wspomniane obrażenia wewnętrzne, jeśli Franz wylądował na plecach. To z kolei było możliwe, jeśli podczas spadania żył i poruszał ramionami. Martwy człowiek przypuszczalnie upadłby na głowę.
– Zidentyfikowali go na podstawie odcisków palców – rzekła Neagley.
– Jak się o tym dowiedziałaś? – zapytał Reacher.
– Zadzwoniła do mnie jego żona. Trzy dni temu. Odniosłam wrażenie, że zapisał nasze nazwiska w notatniku. Na specjalnej stronie. Namiary kumpli z wojska. Tylko mnie udało się jej odnaleźć.
– Nie wiedziałem, że był żonaty.
– Niedawno się ożenił. Mieli czteroletnie dziecko.
– Pracował? Neagley skinęła głową.
– Jako prywatny detektyw. Prowadził jednoosobową firmę. Początkowo udzielał porad strategicznych dużym firmom. Później zajmował się sprawdzaniem danych osobowych. Analizą baz danych. Wiesz, jaki był skrupulatny.
