
– To było dawno temu – rzekł Reacher.
– Mamy zadanie do wykonania – powiedziała Neagley. – Wszyscy. Wspólnie. Nie zadzieraj ze specjalną grupą śledczą, pamiętasz?
– To był zwykły slogan.
– Skądże, najprawdziwsza prawda. Ufaliśmy w to.
– Aby utrzymać morale. Zwyczajna przechwałka przypominająca pogwizdywanie w ciemności.
– Było w tym coś więcej. Osłanialiśmy się wzajemnie.
– Wtedy tak.
– Teraz i zawsze. To jest jak kanna. Ktoś zabił Franza i nie możemy puścić tego płazem. Jak byś się czuł, gdyby to ciebie załatwili, a resztą nie kiwnęłaby palcem?
– Gdyby to o mnie chodziło, nie czułbym niczego. Byłbym martwy.
– Wiesz, o co mi chodzi.
Reacher zamknął oczy i ponownie ujrzał Calvina Franza wymachującego ramionami w ciemności. Może krzyczał, a może nie. Jego stary druh.
– Sam sobie poradzę albo załatwimy to we dwójkę. Nie możemy powrócić do tego, co było. To się nigdy nie sprawdza.
– Będziemy musieli.
– Dlaczego? – zapytał, otwierając oczy ze zdumienia.
– Ponieważ pozostali mają prawo wziąć w tym udział.
Zasłużyli sobie na to dwoma trudnymi latami. Nie możemy ich przekreślić. Nie przypadłoby im to do gustu. Postąpilibyśmy niewłaściwie.
– Co zamierzasz?
– Potrzebujemy ich, Reacher. Franz był dobry. Bardzo dobry. Tak dobry jak ty czy ja. Mimo to ktoś połamał mu nogi i wyrzucił go z helikoptera. Myślę, że potrzebujemy całej pomocy, jaką możemy uzyskać. Trzeba odszukać pozostałych.
Spojrzał na nią, przypominając sobie słowa jej asystenta: Mam listę nazwisk. Jest pan pierwszym, który odpowiedział.
– Inni będą znacznie łatwiejsi do odszukania ode mnie. Neagley skinęła głową.
– Mimo to nie udało mi się ich zebrać – odparła.
