
„Cholera, pan Bóg!”, przemknęło mi.
Szpakowaty widać odgadł moje myśli, bo uśmiechnął się i rzekł ni to chełpliwie, ni rozbrajająco:
– Na imię mam Jeremiasz… – tu podsunął mi naczynie. – Napij się, synku…
Przełknąłem, spodziewając się w najgorszym razie kruszonu. Natychmiast, jak szybkobieżna winda, żołądek podjechał mi aż pod przełyk. Z trudem zapobiegłem wylaniu się jego zawartości.
– Ccco to za świństwo? – wykrztusiłem.
– Nie lubi pan koziego mleka?… No to proszę, tu jest woda… Łyknąłem. Woda była okropna, chłodna, bez smaku, niegazowana.
– Gdzie ja jestem, panie Jeremiaszu?
– U mnie! – powiódł ręką dookoła, a ja uniósłszy się nieco na posłaniu, pobiegłem wzrokiem za jego gestem. Wokół piętrzył się mur zieleni, w którym przerwy stanowiły wyloty jakichś ścieżek, trzcinowy szałas, kamienny zbiornik na wodę… Obok, na nasłonecznionej polance, pasło się parę kóz. Słońce stało wysoko… Chciałem spojrzeć na zegarek i elektroniczny terminarz… Ale nic takiego nie znalazłem. Leżałem nagi pod tkaniną przypominającą suknię starego.
– Która godzina?
– Będzie koło południa.
– Do diabła, strasznie późno. Miałem na dziś program napięty co do minuty… o pierwszej konferencja w United Sindical…
– I tak jest już za późno. Spał pan dwa dni…
Spokój, z jakim ten groteskowy typ wypowiadał te przerażające zdania, doprowadził mnie do furii. Czułem, że zaraz dam mu w zęby. Usiłowałem powstać, ale nie udało się i padłem ciężko na leże.
– Obie nogi miał pan złamane – wyjaśnił. – Ale złożyłem je… dałem łupki i obłożyłem gliną. Zrosną się. Tylko musi to potrwać.
Śmieszne – ten człowiek najwyraźniej nie miał pojęcia, z kim ma do czynienia. Postanowiłem wielkodusznie wybaczyć mu jego nieświadomość.
– W porządku, niepotrzebnie się uniosłem. Niech pan mi szybko da telefon, raz dwa wezwę mój helikopter. A pan otrzyma sute wynagrodzenie.
