
– Pójdziesz ze mną, siostro? – usłyszała nagle cichy głos za sobą…
Obejrzała się. Mówiącym był mężczyzna w dżinsach i brudno-żółtym żakiecie. Musiała go już chyba kiedyś widzieć, chyba – niedawno, ale kiedy?… Ta wątła bródka, włosy wygolone w krzyż…
– Chodź, siostro, posłuchasz głosu prawdy – mówił łagodnie, pociągając ją w stronę dyskoteki, na której wisiało ogłoszenie: „Wieczorek odwołany – dziś prelekcja CZAS POKUTY”.
Poszła bez słowa.
6. Walter
Najpierw w mój mózg o fakturze gigantycznego, zmasakrowanego sznycla załomotało sto tysięcy drobnych młoteczków. Potem zawirowały czerwone krążki. Za jakiś czas dołączyła do tych wrażeń dziwna ociężałość nóg, a na koniec wszystko nagle ustąpiło. Otworzyłem oczy. Oślepiło mnie jaskrawe słońce i na dłuższą chwilę cofnąłem się na powrót w purpurowy mrok. Odchyliłem głowę w bok i ostrożnie odemknąłem jedno oko. Na nieskończenie niebieskim niebie szybował jakiś ptak. Dobrze! Oglądałem niebo zdecydowanie od dołu. Żyłem. Zaraz potem moje zmysły zaatakowały dziesiątki doznań, które od razu mogłem zdefiniować i uporządkować. Zapach świeżego siana i jego szorstkość pod głową, dziwne odgłosy przypominające beczenie jakichś zwierząt, znów szybujący ptak i niebo…
– No i jak się pan czuje, młody człowieku? – spoza kadru doleciał mnie głos przyciszony, trochę gderliwy, ale na swój sposób sympatyczny.
Chciałem coś powiedzieć, ale gardło miałem zaschnięte, więc wyszło mi tylko nieskładne stęknięcie…
– Proszę się nie bać, jest pan zupełnie bezpieczny… a najważniejsze, że będzie pan żył… Może chce się pan czegoś napić?
– Pro… szę!
Rozmówca, który pochylił się nade mną, odziany był na biało, ale nie okrywał go fartuch lekarza… Na gołe ciało narzuconą miał samodziałową szatę z wełny. Nie był stary, ale bujną brodę i imponującą czuprynę gęsto przestębnowała siwizna.
