
17.02 – człowiek od Thompsona – sprawa licencji.
17.19 – Rada Nadzorcza – margines tolerancji dziesięć minut – mogą nudzić.
18.05 – kolacja na jedenastym piętrze z Norwegiem od analizy rynku (uwaga: lubi ostrygi).
18.45 – przejrzenie kolekcji modelek (dopisek czerwonym ołówkiem – ewentualnie piętnaście minut na degustację w saloniku B).
19.11 – spotkanie z wiceprezesem Rudolfim… itd.
Były to jednak terminy na drugą połowę dnia. Na najbliższe godziny przewidziane było: 2.25 – lądowanie na prywatnym lotnisku, 2.40 – krótka wizyta na nocnym party u senatora. (Nie wiadomo po co, gospodarz i tak przepadnie w kolejnych wyborach, a o tej porze wszyscy muszą być już pij ani w dym, ale Walt się uparł), 3.15 – ewentualne spotkanie z małą Lindą – ma być prześcieradło na tylnym siedzeniu rolls-royce’a… (Do licha, co za ogier z tego mojego szefa!), 3.39 – wysadzenie Lindy przy stacji metra, 3.42 – bungalow, spotkanie z żoną i uroczyste powitanie na podjeździe, 3.45 do 6.55 – czas wolny. (Jak na Waltera zadziwiająco długi – od lat jego dewizą było przecież: wykorzystać każdą minutę do maksimum).
Magda nigdy nie pyta. Magda załatwia. Usuwa ewentualne przeszkody, rozładowuje przypadkowe karambole, przeprasza, gdy zdarzy się dwuminutowy poślizg. Precyzja, dokładność, funkcjonalność.
Tymczasem o 2.21 nieoczekiwanie dzwoni pomarańczowy telefon z drugiej linii. Linii przeznaczonej dla najważniejszych rozmów wewnątrz firmy.
– Biuro pana Swampsona, słucham… – mówi Pulpet. Nim jeszcze zaskoczona myśl zanalizuje fakt, w jaki sposób ktoś obcy mógł wejść na tę linię, starannie dobrane słowa przygważdżają sekretarkę do fotela.
