
— Ostrzegam — zawołał głos, dochodzący chyba od stołu — Chronią mnie liczne i potężne amulety.
— To świetnie — pochwalił Rincewind. — Żałuję, że mnie nie chronią.
Z mgły zaczęły destylować szczegóły. Znalazł się w długim, niskim pomieszczeniu, którego jeden koniec całkowicie zajmował ogromny kominek. Na biegnącej wzdłuż całej ściany ławie stała kolekcja szkła, wyraźnie stworzona przez dręczonego czkawką pijanego dmuchacza. Na haku w swobodnej pozie wisiał szkielet. A na drążku obok niego ktoś przybił wypchanego ptaka. Jakiekolwiek grzechy popełniło w życiu nieszczęsne zwierzę, nie zasłużyło na to, co uczynił z nim dermoplasta.
Wzrok Rincewinda omiótł podłogę. Było jasne, że od dawna nie zaznała innego omiatania. Tylko wokół niego usunięto odłamki szkła i retort, robiąc miejsce dla…
Magicznego kręgu.
Wyglądał bardzo solidnie. Ktokolwiek go wykreślił, musiał dokładnie zdawać sobie sprawę, że celem kręgu jest podział universum na dwie części, zewnętrzną i wewnętrzną.
Rincewind, oczywiście, znalazł się w wewnętrznej.
— Aha — powiedział.
Ogarnęło go doskonale znane i niemal pocieszające uczucie bezradności i zgrozy.
— Zaklinam i zakazuję ci wszelkich wrogich ataków, demonie z otchłani — zabrzmiał głos dobiegający, jak uświadomił sobie Rincewind, zza stołu.
— Dobrze, dobrze — rzucił szybko. — Jeśli o mnie chodzi, nie mam nic przeciw temu. Tego…Czy jest możliwe, że nastąpił malutki błąd?
— Precz!
— Zgoda! — Rincewind rozejrzał się nerwowo. — Jak?
— Nie myśl, że zdołasz zwabić mnie i doprowadzić do zguby owym kłamliwym językiem, potworze Shamharotha — oznajmił stół. — Jestem oświecony w sprawach demonów. Wykonuj rozkazy, bo odeślę cię do wrzących piekieł, skąd przychodzisz. Z których przychodzisz, przepraszam. Właściwie: z których przybywasz. I nie żartuję.
