
Nawet magowie uważali demonologów za dziwaków. Byli to zwykle bladzi, przemykający się chyłkiem ludzie, którzy w zaciemnionych pomieszczeniach wykonywali jakieś skomplikowane czynności i mieli wilgotne, miękkie dłonie. Nic, co by przypominało solidną czystą magię. Żaden szanujący się mag nie chciał mieć nic wspólnego z dziedzinami demonicznymi, których mieszkańcy tworzyli zbiór czubków jak w solidnej kiści bananów.
Rincewind dokładnie obejrzał szkielet, tak na wszelki wypadek. Ten jednak nie zdradzał ochoty do żadnych działań ani czynności.
— Należał do jego jakmutam, dziadka — zabrzmiał nagle zgrzytliwy głos.
— Dość nietypowy spadek — uznał Rincewind.
— Nie, to nie szkielet dziadka. Ten tylko kupił go w jakimś sklepie.
Rincewind zamyślił się głęboko, po chwili zapytał, nie odwracając głowy.
— Z czym ja właściwie rozmawiam?
— Jestem jakmitam. Mam to na końcu języka. Zaczyna się na P.
Rincewind odwrócił się powoli.
— Jesteś papugą? — spytał.
— Trafiłeś.
Rincewind przyjrzał się temu czemuś na półce. Miało tylko jedno oko, błyszczące jak rubin. Większą część reszty pokrywała różowofioletowa skóra, nabijana kikutami piór. Całość przywodziła na myśl przygotowaną do pieczenia szczotkę. Podrygiwała artretycznie na drążku, wreszcie straciła równowagę i zawisła głową w dół.
— Myślałem że jesteś wypchana.
— Sam się wypchaj, magu.
Rincewind zignorował sugestię i na palcach podszedł do okna. Było nieduże, ale wychodziło na łagodnie nachylony dach. Za nim czekało prawdziwe życie, prawdziwe niebo, prawdziwe budynki. Wyciągnął rękę, by otworzyć okiennice…
Prąd z trzaskiem popłynął mu wzdłuż ramienia i uziemił się w rdzeniu kręgowym.
Rincewind usiadł na podłodze i ssał palec.
— Mówił ci przecież — przypomniała papuga, huśtając się w przód i w tył, wciąż głową w dół. — Ale nie chciałeś jakmutam. Trzyma cię na jakmutam.
