W bibliotece na górze grimoire’y

Ankh-Morpork z wolna budziło się z drzemki. Coś niewidzialnego i wrzeszczącego ile tchu w piersi przebiegło przez kolejne dzielnice miasta, pozostawiając za sobą pasmo zniszczenia. Gdziekolwiek przeszło, rzeczy się zmieniały.

Przy ulicy Chytrych Rzemieślników wróżka usłyszała kroki na podłodze swej sypialni i odkryła, że jej kryształowa kula zmieniła się w szklaną sferę z domkiem we wnętrzu. I płatkami śniegu.

W spokojnym kąciku tawerny Pod Załatanym Bębnem, gdzie poszukiwaczki przygód Herrena Hennowłosa Herridan, Ruda Scharron i Diome, Wiedźma Nocy, spotkały się na ploteczki i partyjkę kanasty, wszystkie drinki zmieniły się w małe żółte słoniki.

— To przez tych magów z Uniwersytetu — stwierdził barman, pośpiesznie zmieniając kielichy — Powinno się im zabronić.

Północ spłynęła z zegara.

Magowie z rady przetarli oczy i popatrzyli sennie po sobie. Oni też uważali, że powinno to być zabronione, zwłaszcza że nie oni na to pozwolili.

Wreszcie nowy nadrektor, Ezrolith Churn, stłumił ziewnięcie, wyprostował się w fotelu i spróbował przyjąć odpowiednio godny wygląd. Wiedział, że właściwie nie nadaje się na nadrektora. Nie chciał nim zostać. Miał dziewięćdziesiąt osiem lat i osiągnął ten szacowny wiek konsekwentnie nie sprawiając nikomu kłopotów i nie będąc nikogo zagrożeniem. Miał nadzieję, że swe ostatnie lata poświęci na dokończenie siedmiotomowego traktatu o „Pewnych mało znanych aspektach kuiańskich rytuałów przyzywania deszczu”. W jego opinii był ot temat idealny dla akademickich badań, jako że rytuały te działały jedynie na Ku, który to kontynent kilka tysięcy lat temu został pochłonięty przez ocean

Głowa go bolała. Miał uczucie, że od tygodni nie kładł się do łóżka. Ale coś musiał przecież powiedzieć.

— Panowie… — zaczął.

— Uuk.

— Przepraszam. I małpy…



4 из 104