
— Zdaje się, że znowu trafiłem nie tam, gdzie chciałem… — odezwał śle z jakąś powiedziałbym nawę! rozpaczą i spojrzał przez ramie, tam, gdzie w głębi pawilonu połyskiwały polerowane powierzchni; kabiny zero-T. — Przepraszam, to jest… m-m-m… O Boże, znowu zapomniałem… Mała Peszą? Czy in nie?
— To jest Mała Peszą — powiedział Tojwo.
— No to w takim razie musi pan go znać… Grigorij Jarygin… Jeśli dobrze zrozumiałem, spędza tu każde lato… i nagle zawołał z radością pokazując palcem. O, w tamtej wilii! Tam na werandzie wisi mój płaszcz!
Wszystko z miejsca się wyjaśniło. Nieznajomy okazał się świadkiem. Nazywał się Anatolij Siergiejewicz Krylenko, był zootechnikiem i rzeczywiście pracował w stepach — w agzirskim kombinacie rolnym. Wczoraj, na corocznej wystawie nowości w Archangielsku, najzupełniej przypadkowo wpadł na swojego szkolnego przyjaciela Grigorija Jarygina, którego nie widział prawie od dziesięciu lat. Oczywiście Jarygin zaciągnął go do siebie, to znaczy tutaj, cło tej…o, do diabła, znowu wyleciało… no, do tej Małej Peszy. Spędzili wspaniały wieczór we trójkę: on, Jarygin i żona Jarygina, Ela, pływali łodzią, spacerowali po lesie, mniej więcej około dziesiątej wrócili do domu, do tej tam willi, zjedli kolacje i usiedli na werandzie, żeby wypić herbatę. Było zupełnie jasno, z rzeczki dobiegały dziecięce głosy, było ciepło i zdumiewająco pachniały polarne truskawki. A potem Anatolij Siergiejewicz Krylenko nagle zobaczył oczy…
W tej najważniejszej części swojej opowieści Anatolij Siergiejewicz stał się, mówiąc łagodnie, dosyć niewyraźny. Tak jakby nadaremnie próbował opowiedzieć jakiś koszmarny, poplątany sen.
Oczy patrzyły z ogródka… zbliżały się, ale cały czas nie ruszały się z ogródka… Dwoje ogromnych oczu, powodujących mdłości… Bez przerwy coś po nich spływało… A z boku po lewej stronie było jeszcze trzecie… a może trzy? I coś zwalało się, zwalało, zwalało przez balustradę werandy, podpływało już pod nogi… I do tego absolutnie nie można było się ruszyć.
