
Grupa hałaśliwych glacjologów, która z trzaskającego mrozu wpadła do klubu, zastała Anatolija Siergiejewicza na żałosnym załamywaniu rąk — wciąż jeszcze nie mógł się na nic zdecydować. Glacjologowie wysłuchali jego opowieści ze szczerym współczuciem i natychmiast postanowili wrócić razem z nim na straszną werandę. Jednakże wtedy okazało się, że Anatolij Siergiejewicz nie tylko nie zna zero-indeksu osiedli, a na dodatek zapomniał, jak się samo osiedle nazywa. Mógł tylko powiedzieć, że to gdzieś niedaleko Morza Barentsa, na brzegu niewielkiej rzeki w strefie polarnej kosówki. Wtedy glacjologowie spiesznie przyodziali Anatolija Siergiejewicza odpowiednio do miejscowego klimatu i przez wyjącą zamieć powlekli go do sztabu osiedla na przełaj, przez potworne zaspy, w towarzystwie gigantycznych psów przypominających dzikie zwierzęta… I oto w sztabie przed pulpitem WMI któremuś z polarników przyszła do głowy bardzo rozsądna myśl, ze to nie żadne żarty. Te potwory niewątpliwie albo uciekły i jakiegoś zwierzyńca, albo — aż strach pomyśleć — z jakiegoś laboratorium, zajmującego się konstruowaniem biomechanizmów. W każdym wypadku, chłopcy, nie ma co się tu zajmować improwizacją, trzeba zawiadomić służbę awaryjna.
I zawiadomili Centralną Awaryjną. W Centralnej Awaryjnej podziękowali i powiedzieli, że przyjmą do wiadomości. Po pół godzinie dyżurny Awaryjnej sam zadzwonił do sztabu, powiedział, że informacja została potwierdzona i poprosił Anatolija Siergiejewicza.
