
I Anatolij Siergiejewicz wziął coś na uspokojenie, i na miejscu, w sztabie, położył się, na kanapie, ale nie spał nawet godziny, kiedy znowu zobaczył cieknące oczy nad balustradą werandy, usłyszał histeryczny śmiech Eli i obudził się od nieznośnego wstydu.
— Nie — powiedział Anatolij Siergiejewicz — oni mnie nie zatrzymywali. Widocznie rozumieli mój stan… Nigdy nie przypuszczałem, że może mi się wydarzyć coś podobnego. Oczywiście nie jestem Zwiadowcą ani Progrecorem… ale i mnie zdarzały się w życiu trudne sytuacje, i zawsze zachowywałem się zupełnie przyzwoicie… Nie rozumiem, co się ze mną stało. Próbuje to wyjaśnić sam ze sobą i nic tego nie wychodzi… Jakby coś na mnie naszło… — nagle zaczęły mu latać oczy. — Teraz też rozmawiam z wami, a w środku jestem niby zlodowaciały… Może myśmy się czymś zatruli?
— Czy zdaniem pana nie mogła to być halucynacja? — zapytał Tojwo.
Anatolij Siergiejewicz skulił się jakby z zimna i spojrzał w kierunku domku Jaryginów.
— N-nie wiem… — powiedział. — Nie, nie mam zdania na ten temat.
— Dobrze, chodźmy zobaczyć — zaproponował Tojwo.
— Mam iść z wami? — zapytał Basile.
— Niekoniecznie — powiedział Tojwo. — Ja jeszcze długo będę tu łaził tam i z powrotem. A ty trzymaj twierdze.
— A jeńców brać? — zapytał rzeczowo Basile.
— Koniecznie — powiedział Tojwo. — Jeńcy są mi potrzebni. Wszyscy, którzy cokolwiek widzieli na własne oczy.
I Tojwo z Anatolijem Siergiejewiczem poszli przez plac.
