— Nie pamiętam. Ta była podniesiona, tedy wyskoczyłem.

— Rozumiem — powiedział Tojwo i spojrzał na ogródek.

Tak, tu były ślady. Śladów było dużo — zgniecione i połamane krzaki, zdewastowany klomb, trawa pod balustradą werandy wyglądała tak, jakby się po niej tarzało stado koni. Jeżeli były tu jakieś zwierzęta, to zwierzęta wyjątkowo niezgrabne, zwaliste, nie skradały się do domu, tylko sunęły jak czołgi. Z placu, przez krzaki, po przekątnej i przez otwarte okno prosto do pokojów…

Tojwo wszedł na werandę i pchnął drzwi do domu. Tam żadnego nieporządku nie było. A mówiąc ściślej, żadnego takiego nieporządku, który mogłyby zrobić ciężkie, niezgrabne cielska.

Kanapa. Trzy fotele. Nie widać stolika. Należy przypuszczać, że jest tu tylko jeden wbudowany pulpit, w poręczy fotela pana domu. Serwis — systemu „polikryształ” — w pozostałych fotelach i w kanapie. Na przeciwległej ścianie pejzaż Lewitana, staroświecka chromofotograficzna kopia ze wzruszającym trójkątem w lewym dolnym rogu, żeby nie daj Boże, jakiś znawca nie pomyślał, że to oryginał. A na ścianie po lewej stronie — rysunek piórkiem w drewnianej, ręcznie robionej ramie, gniewna kobieca twarz. Bardzo piękna zresztą…

Przy dokładniejszych oględzinach Tojwo zauważył na podłodze ślady zelówek — widocznie ktoś ze służby awaryjnej. Przeszedł ostrożnie przez salon do sypialni. Ślady prowadziły tylko w jednym kierunku, tamten człowiek wyszedł oknem sypialni. No i podłogę w salonie pokrywała cieniutka warstwa brązowawego pyłu. I nie tylko podłogę. Siedzenia foteli. Parapety. A na ścianach tego pyłu nie było.

Tojwo wrócił na werandę. Anatolij Siergiejewicz siedział na stopniach ganku. Polarną doche zrzucił, a o futrzanych butach najwidoczniej zapomniał i dlatego wyglądał dosyć idiotycznie. Do swoich sandałów nawet się nie dotknął, nadal stały pod krzesłem. Żadnych zacieków w ich pobliżu nie było, ale i same sandały, i podłoga obok — wszystko było przypudrowane tym samym brązowawym pyłem.



53 из 155