
— No i co słychać? — zapytał Tojwo jeszcze od progu.
Anatolij Siergiejewicz pomimo to wzdrygnął się i gwałtownie odwrócił.
— Nic… powoli przychodzę do siebie…
— I bardzo dobrze. Niech pan bierze swój płaszcz i może pan wracać do domu. Czy może woli pan zaczekać na Jaryginów?
— Właściwie nie wiem — powiedział niezdecydowanie Anatolij Siergiejewicz.
— Jak pan sobie życzy — powiedział Tojwo. — W każdym razie żadnego niebezpieczeństwa tu nie nie ma i nie będzie.
— Coś pan z tego zrozumiał? — zapytał Anatolij Siergiejewicz wstając.
— Coś niecoś. Potwory rzeczywiście tu były, ale tak naprawdę nie są niebezpieczne. Mogą bardzo przestraszyć i nic więcej.
— Chce pan powiedzieć, że one były sztuczne?
— Na to wygląda.
— Ale w jakim celu? Kto?
— Będziemy to wyjaśniać — powiedział Tojwo.
— Wy będziecie wyjaśniać, a one tymczasem jeszcze kogoś… nastraszą.,
Anatolij Siergiejewicz wziął swój płaszcz z balustrady, chwile stał wpatrzony w swoje futrzane buty. Wydawało się, że za moment usiądzie i zacznie je gwałtownie zdzierać z nóg. Ale zapewne nawet ich nie widział.
— Mówi pan, mogą tylko przestraszyć — wycedził, nie podnosząc oczu. — Gdyby tylko — przestraszyć! One, wie pan, mogą złamać człowieka!
Szybko spojrzał na Tojwo, odwrócił oczy i nie odwracając się więcej, zaczął schodzić po stopniach, potem dalej po zmiętej trawie, przez zdewastowany żywopłot, na ukos przez plac, przygarbiony, bezsensowny w długich futrzanych butach polarnika i wesolutkiej jaskrawej koszulce, poszedł wciąż przyspieszając kroku w kierunku żółtego pawilonu klubu, ale w połowie drogi gwałtownie skręcił w lewo, wskoczył w glider, który stal przed sąsiednią willą i świecą wzbił się w bladogranatowe niebo.
Była godzina szósta rano.
* * *To moje pierwsze doświadczenie rekonstrukcji.
