
Od willi nr 6 zbliżał się do nas Kir i rzeczywiście najwyraźniej był wesoły, zadowolony i szczęśliwy. Basile, który maszerował obok, z szacunkiem niósł czarny model wielkiej, antycznej galery i jak się zdaje zadawał stosowne pytania, zaś Kir odpowiadał, pokazując rękami odpowiednie wymiary jakiejś formy, jakieś skomplikowane współzależności. Niewykluczone, że Basile sam był wielkim specjalistą w budowie antycznych galer.
— Pan wybaczy — powiedziała Albina — ale to przecież Kir!
— Tak — odparł Tojwo. — Wrócił po swój model.
— Kir jest dobrym chłopcem — oświadczyła Albina. — Ale jego ojciec zachował się ohydnie… Dzień dobry, Kir!
Kir pochłonięty swoimi sprawami dopiero teraz zauważył ją, przystanął i powiedział nieśmiało „Dzień dobry…”. Ożywienie znikło z jego twarzy. Zresztą z twarzy Basila również.
— Jak się czuje twoja mama?
— Dziękuje. Mama śpi.
— A tata? Gdzie jest twój ojciec, Kir? Gdzieś tu niedaleko? Kir w milczeniu pokręcił głową i zasępił się.
— A ty tu byłeś przez cały czas? — z zachwytem wykrzyknęła Albina i triumfująco popatrzyła na Tojwo.
— Kir wrócił po swój model — przypomniał Tojwo. Wszystko jedno. Przecież nie bałeś się tu wrócić, Kir?
— Dlaczego miałbym się ich bać, babciu Albino? — gniewnie wymruczał Kir, próbując chyłkiem ją wyminąć.
— Nie wiem, nie wiem — kłótliwie powiedziała Albina. — Bo na przykład twój tata…
— Tata ani trochę się nie przestraszył. To znaczy przestraszył się o mnie i o mamę. Po prostu w tym zamieszaniu nie zauważył, jakie one są łagodne.
— Nie łagodne, tylko nieszczęśliwe! — poprawiła Albina.
— Jakie tam nieszczęśliwe, babciu Albino? — oburzył się Kir, zabawnie rozkładając ręce gestem kiep — Magika. — Były takie wesołe, chciały się bawić. Nawet się łasiły!
