
— Tak — powiedział Tojwo.
— Rozmawiał pan z nimi?
— Tak. Z niektórymi. Nie ze wszystkimi.
— Wiec proszę mi powiedzieć, co się z nimi stało? Jakie są pańskie wnioski, chociażby wstępne?
— Widzi pani…
— Może mnie pan nazywać Albina.
— Dziękuje. Chodzi o to, że… Chodzi o to, że o ile możemy przypuszczać, większość pani sąsiadów odebrała te inwaz… to wydarzenie trochę inaczej niż pani.
— Ja myślę! — wyniośle powiedziała Albina. — Widziałam to na własne oczy!
— Nie, nie. Chce powiedzieć, że oni się przestraszyli. Śmiertelnie przestraszyli. Oszaleli z przerażenia. Nawet teraz boją się tu wrócić. Niektórzy chcą uciec z Ziemi po tym, co tu przeżyli. I o ile rozumiem, pani jest jedynym człowiekiem, który usłyszał błagania o pomoc.
Albina słuchała majestatycznie, ale uważnie.
— No cóż — powiedziała — widocznie tak im wstyd, że muszą tłumaczyć się strachem… Niech pan im nie wierzy, mój drogi, niech pan nie wierzy! To najprymitywniejsza, paskudna ksenofobia! Coś jak uprzedzenia rasowe. Pamiętam, że w dzieciństwie panicznie bałam się żmij i pająków… Tu było dokładnie to samo.
— To bardzo możliwe. Ale niektóre rzeczy chciałbym jednak uściślić. Te stworzenia błagały o pomoc. Domagały się miłosierdzia. Ale w czym to się wyrażało? Przecież o ile wiem, nie mówiły, nawet nie jęczały…
— Mój drogi! One były chore i umierały! Co z tego, że umierały w milczeniu? Delfinek wyrzucony na ląd też się nie odzywa… w każdym razie my go nie słyszymy… ale przecież rozumiemy, że potrzebna mu jest pomoc i spieszymy z tą pomocą… Albo idzie sobie chłopczyk, nie słyszymy stąd, co mówi, ale widać, że jest wesoły, zadowolony i szczęśliwy…
