
A teraz ja składam na piedestale pańskiej uwagi krótki w istocie rzeczy przyczynek do mojej przyszłej książki, którą zamierzam nazwać „Monokosm, szczyt, czy może pierwszy krok? Uwagi o ewolucji ewolucji”. I znowu — nie mam ani czasu, ani ochoty na uzasadnianie swoich podstawowych tez szczegółowymi argumentami. Mogę tylko zapewnić pana, że każda z tych hipotez może być już dzisiaj uzasadniona w najbardziej wyczerpujący sposób, wiec jeśli będzie pan miał do m nie jakieś pytania, chętnie na nie odpowiem. (Przy okazji — nie mogę się powstrzymać od uwagi, że pańska prośba o moją konsultacje była być może pierwszym i jedynym jak na razie społecznie użytecznym aktem działalności pańskiej organizacji od początku jej istnienia).
A wiec — MONOKOSM.
Wszelki Rozum, czy to technologiczny, czy rousseauistyczny, czy nawet heroniczny — w procesie ewolucji pierwszej generacji przechodzi drogę od stanu maksymalnego rozproszenia (dzikość, wzajemna agresja, ubóstwo emocji, nieufność) do stanu maksymalnego zjednoczenia przy zachowaniu własnej indywidualności (życzliwość, znaczna kultura współżycia, altruizm, lekceważenie tego, co osiągnięte). Procesem tym kierują prawa biologiczne, biospołeczne i specyficznie społeczne. Sam proces jest już dobrze poznany i jest dla nas interesujący tylko o tyle, o — ile stawia nas przed pytaniem — a co dalej? Zostawiając na boku romantyczne trele teorii pionowego postępu” możemy stwierdzić, ze dla Rozumu istnieją tytko dwie realne, wykluczające się wzajemnie możliwości. Albo zastopowanie, samouspokojenie, zamkniecie w sobie, utrata zainteresowania światem fizycznym, albo wejście na drogę ewolucji drugiego rzędu, na drogę ewolucji planowanej i kierowanej, na drogę do Monokosmu,
Synteza Rozumów jest nieunikniona. I ofiarowuje nam nieprzeliczone mnóstwo nowych płaszczyzn percepcji świata, a to doprowadzi do niezmiernego zwiększenia ilości, a co najważniejsze jakości dostępnej i możliwej do przerobienia informacji, co z kolei doprowadza do zmniejszenia ilości cierpienia do minimum i zwiększenia sumy radości do maksimum. Pojecie „dom” rozszerza się do granic
