
Doszła do nich także Tula, nie chciała bowiem spokojnie czekać w Górze Demonów, podczas gdy inni uczestniczyli w emocjonujących wydarzeniach. Wykrzesanie odwagi nie przedstawiało dla Tuli żadnego problemu, od dawna już nie należała do żywych, była jednym z duchów przodków Ludzi Lodu. Za to Gabriel żył. I włosy na głowie jeżyły mu się teraz ze strachu!
Była z nimi też Sol, czarownica o pięknych oczach i szelmowskim uśmiechu. Jej obecność również dodawała otuchy.
Ulvhedin… Gabriel poczuł, że ze wzruszenia wilgotnieją mu oczy. Jego osobisty opiekun, olbrzymi, niesamowicie silny Ulvhedin. Pomimo przerażającego wyglądu dawał niezwykłe poczucie bezpieczeństwa.
Przyłączył się do nich także łagodny, niebieskooki Linde-Lou, opiekuńczy duch Nataniela. Z trudem przychodziło uwierzyć, że tak niewinna z pozoru istota, tak na wskroś dobra i miła, może dokonać czegoś ważnego, lecz Linde-Lou rzeczywiście wiele potrafił. Podczas niezwykłej podróży na granicy rzeczywistości i złych snów wielokrotnie dał tego dowody.
I Tengel Dobry! Samo serce Ludzi Lodu. Do niego się zwracano, gdy tylko ktoś potrzebował pomocy, on właśnie był ogniwem spajającym przeszłość z teraźniejszością.
I jeszcze ten, który przybył do nich jako ostatni, wezwany przez Tengela Dobrego: nieduży Taran-gaiczyk Inu, niemal całkiem schowany w futrach, spod których wyglądały przenikliwie patrzące, czarne jak ziarnka pieprzu oczy.
Oto i wszyscy uczestnicy wyprawy. Wielu z nich posiadało potężne nadprzyrodzone moce, powinni więc i tym razem skutecznie stawić czoło złu, które straszliwy przodek wyczarował na ich drodze. Poradzili już sobie z tak wieloma trudnościami… Ostatnio zdołali przeciągnąć na swoją stronę Kolgrima i Ulvara, których cztery demony Tuli ukryły następnie przed przenikliwym wzrokiem Tengela Złego.
Jakie to dziwne, pomyślał Gabriel. Umysł miał tak jasny, a powinien przecież czuć się śmiertelnie zmęczony. Postrzegał wszystko niezwykle wyraźnie, ba, wychwytywał nawet, co myślą i czują inni.
