
Ich przewodnik nacisnął dzwonek, rozsunęła się zasuwa i w betonie drzwi pojawiło się za zakratowanym okienkiem nieufne oko wartownika. Oko stało się bardziej ufne pod wpływem stałej przepustki. Druk z podpisem nowego komendanta twierdzy Niehoffa otwierał wejście do podziemnego świata Breslau.
Był mroczny i pełen kurzu, wzbijanego butami żołnierzy i kołami motocykli, które jeździły szerokimi tunelami i znikały w bocznych ulicach podziemia. Przewodnik od Springsa chłonął to wszystko z najwyższą ciekawością poszukiwacza przygód, lecz wkrótce zwyciężyła obowiązkowość żołnierza Volkssturmu i chłopak, poprawiając przestarzałe włoskie caracano, wrócił do swych naziemnych obowiązków.
Wartownik zostawił ich samych, by po chwili zjawić się w towarzystwie nieogolonego porucznika Wehrmachtu w przysypanym tynkiem mundurze, obok niego dreptał gruby adiutant z lampą naftową.
– Nazwisko? – porucznik był nieufny, podobnie jak przed chwilą jego podwładny.
– Kapitan Eberhard Mock – usłyszał w odpowiedzi i zobaczył legitymację policyjną. – A to mój brat Franz Mock.
Porucznik kazał adiutantowi wysoko podnieść lampę. Przez długą chwilę lustrował elegancki strój Eberharda: wypastowane lakierki, nienagannie skrojony dwurzędowy garnitur z granatowej wełny przetykanej srebrnymi prążkami, białą koszulę i krawat koloru wina, któremu towarzyszyła trójkątna chustka tejże barwy, zatknięta w kieszonce.
Spod kapelusza patrzyły na niego wyłupiaste oczy, które były jedynymi żywymi punktami w wypalonych martwych fałach skóry.
– Porucznik Georg Lehnert – przedstawił się oficer. – Czytałem o panu, panie kapitanie. Te blizny to straszne pamiątki po pańskim bohaterskim wyczynie w Dreźnie, czy tak?
– Niezupełnie. Poparzyła mnie papa podczas bombardowania Hamburga – odpowiedział zmęczonym głosem Eberhard.
