
Nad nimi zadudniło i mężczyźni na podziemnej ulicy odnieśli wrażenie, że zatrząsł się sufit. Eberhard zaciągnął się mocno papierosem i sam już nie wiedział, czy wciąga do płuc tytoniowy dym, czy też cementowy pył. Ze zgrozą zauważył, że warstwa takiego pyłu pokrywa jego garnitur. Przejechał dłonią po materiale i z wściekłością stwierdził, że wtarł kurz w strukturę wełny.
– Pozwoli pan zauważyć, kapitanie – uśmiechnął się kwaśno Lehnert – że pana strój nie jest najodpowiedniejszy do poruszania się po podziemiach Breslau.
Dlatego zapytałem o mundur.
Eberhard pojrzał na swój zakurzony garnitur i noski butów od Andritschkego, które przed sekundą straciły swój blask. Nie wiadomo dlaczego przypomniał sobie lata gimnazjalne i słowa nauczyciela gimnastyki, byłego atlety Dietera Czypionki. Kiedy po lekcji chłopcy rzucali się na siebie, aby wyrównać sportowe rachunki, Czypionka, sam nienagannie ubrany, z wąsami pachnącymi pomadą, wchodził do szatni cuchnącej gumą i smrodem hormonów, rozdzielał walczących chłopców i – nawet się nie krzywiąc – mawiał: – Panowie, dżentelmen nawet w tym smrodzie powinien pozostać dżentelmenem”.
Eberhard powtórzył Lehnertowi słowa Czypionki, zamieniając słowo „panowie” na „panie Poruczniku”, a „smród” na „piekło”.
Zły z powodu zabrudzonego garnituru, nawet nie zauważył, że do grona dżentelmenów zaliczył jedynie siebie.
Franz, wyraźnie poirytowany próżną – według niego – gadaniną, nawet tego nie zauważył, a porucznik Lehnert skrzywił się tylko i powiedział coś szybko wartownikowi, czego obaj bracia nie dosłyszeli z powodu ostrzegawczych okrzyków sanitariuszy, którzy nieśli kogoś na noszach.
Wartownik zazgrzytał wielkim kołem, odcinając wejście, przez które się tutaj przedostali.
Lehnert wskazał na stojący kilka kroków od nich motocykl zündapp z bocznym wózkiem:
– Mogę panu pożyczyć mój motor, kapitanie. – Lehnert konsekwentnie używał stopnia wojskowego, nie policyjnego. – Szybciej pan dojedzie.
