
– Dziękuję, panie poruczniku. – Mockowi nie dawało spokoju słowo „dżentelmen” i postać Czypionki.
Zobaczył swojego nauczyciela gimnastyki: jego sterczące wąsy, łysą głowę, zmiażdżone małżowiny uszne i maniery angielskiego lorda. Powiedział w zamyśleniu: – Profesor Czypionka rzekłby: „Przepraszam za swoją arogancję”.
– Nie rozumiem, kto by to powiedział?
– Ktoś nie z tego świata. – Mock usiadł na kanapie motocykla, przekręcił kluczyk na baku i kopnięciem uruchomił silnik. – Ktoś ze świata zmarłych. Z Pól Elizejskich. Wie pan, dlaczego zawsze poza domem chodzę w garniturze? Po prostu okazuję cześć temu miastu. Tak jak do obiadu zawsze siadam w krawacie, okazując cześć Temu, który mi daje pożywienie. Głupi nawyk. Tutaj powinno się chodzić w zwierzęcych skórach i z maczugami.
Franz z trudem wgramolił się do wózka i podziękował Lehnertowi, zdejmując na chwilę kolejarską czapkę z kanciastej głowy.
Porucznik nie zauważył tego. Myślał o starym elegancie, który zawsze okazywał szacunek miastu Breslau, niezależnie od tego, w jakiej formie ono istnieje, niezależnie od tego, kto nim włada, nieważne, w jakiej będzie ono postaci: prawdziwej, podziemnej czy urojonej. Myślał również o swojej córce, która kilka tygodni temu w niedalekim Ohlau stała się zdobyczą wojenną ludzi z mongolską fałdą na czole. Miała tyle samo lat, ile dziewczyna uratowana w Dreźnie przez kapitana Mocka.
BRESLAU, CZWARTEK 15 MARCA 1945 ROKU,
DZIEWIĄTA RANO
Do podziemnego Hohenzollemplatz, skąd miał prowadzić tunel do piwnicy domu przy Viktoriastrasse 43, dojechali po dziesięciu minutach jazdy w ogłuszającym huku silnika, zwielokrotnionym przez puste korytarze.
Nagle ujrzeli prowizoryczny szlaban i nieprzyjazne twarze w hełmach Wehrmachtu.
Zakurzony garnitur Mocka i fotografia w legitymacji policyjnej, niewiele przypominająca pierwowzór, wywarły na dowódcy plutonu kapralu Hellmigu zdecydowanie mniejsze wrażenie niż przepustka wystawiona przez kapitana Springsą.
