
W tym pokoju jest coś, co pomoże mi znaleźć mordercę Erwina, myślał Franz i napierał swym ciężkim, kolejarskim, spracowanym ramieniem na drzwi blokowane przez Eberharda.
Ten popchnął mocno brata w przeciwną stronę, wszedł z powrotem do pokoju i zamknął się od wewnątrz na klucz, który tkwił w zamku.
Pokój był pozbawiony sprzętów. Ale nie był pusty. Jedna z firanek trzepotała na wietrze. Natomiast druga oplatała jakąś leżącą na podłodze postać.
– Otwieraj, sukinsynu!
– Franz podniósł głos i załomotał w drzwi.
Eberhard pochylił się i – wbrew zaleceniom naukowej kryminalistyki – zaczął zsuwać firankę z postaci. Nie było to łatwe, ponieważ była ona przyklejona w dwóch miejscach galaretą krwi.
– To nie był twój syn, tylko mój, otwieraj! – Franz tym razem kopnął w drzwi. – Muszę wiedzieć, co tam jest!
W górnej części firanki krew tworzyła okrąg o średnicy około czterech centymetrów. Było to w miejscu, gdzie przykryta tiulem postać mogła mieć usta.
Wyglądało to tak, jakby uszminkowano komuś usta krwią, następnie otworzono je na oścież i naciągnięto leżącemu firankę na głowę – wiśniowoczarne „o” odbite na bieli półprzeźroczystego materiału.
– Jak nie otworzysz, to rozpierdolę te drzwi – Franz zrozumiał, że krzyki mogą zwabić Rosjan, i mówił spokojnie. Z jego płuc dobywała się jakaś gruba, nigdy wcześniej przez Eberharda niesłyszana nuta.
Zsuwał powoli firankę z ciała. Plama krwi zastygła również w miejscu, gdzie powinno się kończyć przedramię. Czuł, jak pulsuje mu szyja. Nie wytrzymał i – nie dbając o integralność miejsca zbrodni – zdarł całą firankę z ciała.
– Wchodzę – powiedział Franz i runął na drzwi.
Z futryny posypało się trochę gruzu i chmurka tynku spłynęła wprost na marynarkę Eberharda. Eberhard otrzepał się i przyjrzał leżącej postaci.
