
Eberhard otworzył drzwi i znaleźli się na krętych schodach, prowadzących na parter budynku.
Pokonali je, przykleiwszy się prawie do ściany.
Na parterze kamienicy fruwały płachty „Schlesische Tageszeitung”. Ogromne tytuły apelowały do niemieckiego patriotyzmu i domagały się ostatecznego odpędzenia bolszewików spod bastionu europejskiej cywilizacji.
Weszli na drewniane schody, po których tańczyły plamy światła ze świetlika wieńczącego dach kamienicy. Opierając się o chybotliwą poręcz, wspięli się na pierwsze piętro. Nagle znów trzasnęło okno pchnięte pędem przeciągu. Uderzenie było tym razem tak silne, że jedna z szybek pękła i jej okruchy pofrunęły z żałosnym brzęczeniem w czeluść szybu wentylacyjnego.
Na klatkę schodową wdarło się wściekłe ujadanie sfory psów. Bracia Mock zastygli w oczekiwaniu. Nic się nie wydarzyło. Psy szczekały pod kamienicą, gazety zsuwały się po schodach z łagodnym szmerem.
Mieszkanie numer 7 było otwarte na oścież.
Na drzwiach wejściowych krzywe, wymalowane białą Oleśnicą litery oznajmiały: „Uwaga, tyfus”, i straszyły trzema wykrzyknikami.
Eberhard się nie przestraszył. Wszedł do środka. Był w zaśmieconym przedpokoju.
Rozsypana kasza gryczana zachrzęściła mu pod butami. Drzwi do czterech pomieszczeń były pozamykane.
Wiedział, że najbezpieczniej będzie wejść do pokoju naprzeciwko, ponieważ stamtąd znów będzie mógł kontrolować cały przedpokój. Szeptem kazał Franzowi pozostać w drzwiach wejściowych, a sam ruszył ciężkim truchtem naprzód, z przeraźliwym trzaskiem miażdżąc po drodze ziarna kaszy.
Wpadł na drzwi lewym ramieniem i znalazł się w małym pokoju, którego okno wychodziło na zalaną słońcem ulicę. Pokój był pozbawiony sprzętów. Jedynie firanka trzepotała na wietrze wiejącym z rozbitego okna.
Eberhard zbladł i wyszedł z pokoju.
– Nie wchodź tutaj – powiedział drżącym głosem.
Franz nie posłuchał go i ruszył w stronę pokoju. Deptał z wściekłością kaszę gryczaną, odpychał rękę brata, przedzierał się przez zasieki jego ramion. „Tam jest coś, co pomoże ci znaleźć mordercę twojego syna” – przekonywał autor listu.
