
– Do widzenia!
– (trzaśnięcie drzwiami) Awram, napoić goi po cichu podrzucić z powrotem do jego hotelu!
Starszy pan żwawo schodził po schodach.
Walter Kridl, mając w uszach dźwięk katedralnych dzwonów, nawet na niego nie spojrzał – ani wtedy, gdy zbliżał się do recepcji, ani nawet wtedy, gdy przekraczał jej próg. Nie podniósł wzroku, kiedy starszy pan w okularach i wysoki człowiek w kapeluszu opuszczali razem hol. Przez łoskot spiżu przedarł się cienki dźwięk – dzwonek u drzwi zabrzęczał wysoko. Przedarło się również jedno zdanie wypowiedziane przez człowieka z poparzoną twarzą.
Kridl nie był pewien, czy dobrze usłyszał, i kiedy tydzień później przesłuchiwała go policja, zastrzegał się dziesięć razy i skarżył na huk rozkołysanego spiżu, zanim powtórzył policjantom to, co zdawało mu się, że usłyszał z ust poparzonego mężczyzny. Zanim to jednak powiedział, bardzo długo rozwodził się nad tonem jego głosu, przepełnionym ulgą i radością, i kiedy wreszcie przesłuchujący go stracili cierpliwość, wyznał ze strachem, że stary wykrzyknął: – Mamy go!
WROCŁAW, WTOREK 25 KWIETNIA 1950 ROKU,
DZIEWIĄTA RANO
Kapitan Wacław Baniak opierał swe ciężkie ciało o okienny parapet, dmuchał z irytacją w zakurzone liście paprotki i patrzył tępo, jak drobiny pyłu wirują w słońcu.
Potem zwrócił przekrwione od niewyspania oczy na zalaną słońcem ulicę Łąkową, gdzie stały trzy mercedesy – bezpieczne pod czujnym okiem dwóch wartowników w mundurach KBW.
Na pustym placu, gdzie niegdyś „pyszniła się perła żydowskiej architektury” – jak się wyraził pewien współpracujący z Baniakiem autochton – czyli ogromna synagoga, podpalona przez hitlerowców w Noc Kryształową, kilku chłopców zamiast siedzieć w szkole strzelało do siebie z drewnianych karabinów.
Baniaka irytowały ich wrzaski, bo urągały powadze miejsca i instytucji, którą reprezentował.
