
I nagle Baniaka olśniło.
Przestały go irytować wrzaski dzieciarni, która kłóciła się, kto ma w zabawie być „Niemcem”, a kto „Polakiem”.
Trudny wyraz „autochton”, który w roku 1950 był we Wrocławiu na porządku dziennym i musiał natychmiast zostać przyswojony przez mniej światłych przedstawicieli nowej władzy, skierował myśli kapitana ku innemu urodzonemu we Wrocławiu pół – Niemcowi, którego nienawidził już tylko za to, że ten poprzedzał swoje nazwisko świeżo otrzymanym tytułem doktora.
Baniak splunął jeszcze raz, tym razem użyźniając ziemię w doniczce z paprotką, i otworzył drzwi do sekretariatu. Panna Jadzia poprawiła misterną fryzurę a la Ingrid Bergman i popatrzyła wyczekująco na swojego szefa. Lubił to spojrzenie pełne pokory i gotowości do działania.
Rzucił krótko i szorstko: – Wysłać dwóch ludzi po cywilnemu na Uniwersytet po Manfreda Hartnera. Mają go tu przyprowadzić. Jak najszybciej! I przynieść mi jego teczkę! Też jak najszybciej! No, ruszać się!
– Po doktora Manfreda Hartnera, tego doktora, który już kiedyś u nas był? – upewniła się panna Jadzia.
– To nie sanacja! – wrzasnął. – Za sanacji to były doktory i profesory! Tera są wszyscy równi!
Ujrzał niepokój w oczach panny Jadzi. Wyszedł z sekretariatu, napawając się swoją władzą oraz myślą o mocarnych nogach Maryni.
WROCŁAW, WTOREK 25 KWIETNIA 1950 ROKU,
JEDENASTA PRZED POŁUDNIEM
Kapitan Baniak skończył czytać teczkę personalną Manfreda Hartnera, kiedy panna Jadzia poinformowała go o przybyciu tegoż. Baniak odpowiedział, że przyjmie go później, i wyszedł z gabinetu bezpośrednio na korytarz.
