
Położył się na kocu i jął studiować gruby podręcznik tytanografii, wzięty od Londona. Poszukał najpierw w indeksie hasła LAS BIRNAM, lecz nie było go ani pod „L“, ani pod „B“. Nauka nie przyjęła tego miana do wiadomości. Kartkował książkę, aż dotarł do gejzerów. Podług autora było z nimi nie całkiem tak, jak mówił Gosse. Tytan, krzepnąc szybciej niż Ziemia i reszta wewnętrznych planet, zamknął w swych głębiach olbrzymie masy skomprymowanych gazów, które u załomów jego skorupy napierają na osady starych wulkanów oraz podziemne sieci ich magmatycznych żył, rozkorzenionych na setki kilometrów i przy określonej konfiguracji synklin oraz antysynklin mogą się przebijać do atmosfery fontannami wysokoprężnych ciał lotnych. Mieszanina, skomplikowana chemicznie, zawiera dwutlenek węgla, zamarzający niezwłocznie w śnieg, który niesiony wichrami, zaściela równiny i stoki górskie grubą warstwą. Angusa zniechęcił rychło suchy tok wywodu. Zgasił światło, okrył się, zaskoczony nieco tym, że ani koc, ani poduszka nie podfruwają, bo przywykł bez mała przez miesiąc do nieważkości — i zasnął natychmiast. Jakiś wewnętrzny impet wytrącił go z bezprzytomności w jawę tak nagle, że otwarł oczy, siedząc, gotów wyskoczyć z pościeli. Bezmyślnie rozglądał się dokoła, masując sobie szczękę. Od tego ruchu wspomniał, co mu się śniło. Boks. Walczył z zawodowcem, przeczuwając z góry porażkę i jak kloc runął znokautowany. Rozwarł szeroko oczy, całe pomieszczenie obróciło się jak sterownia przy nagłym zwrocie, i ocknął się na dobre. Jednym krótkim spięciem wróciło wczorajsze lądowanie, awaria, spór z Gossem i narada u dioramy. Pokoik był niewielki jak kabina na frachtowcu, co przypomniało mu ostatnie słowa Gossego, zanim się rozstali: że był za młodu marynarzem wielorybnika.