
— I promienniki też pan przywiózł, co? — zwrócił się do pilota.
Ten, znów zaskoczony, bo oczekiwał większego zainteresowania swoim wyczynem, tylko głową przytaknął. Nie co dzień dławi się rakiecie podczas lądowania ciąg. Zamiast listy towarowej miał w ustach gotową relację, jak nie próbując ani przedmuchania dysz, ani zwiększenia głównego ciągu, od razu wyłączył automatykę i siadł na samych boosterach, sztuczką jakiej poza symulatorem nigdy jeszcze nie próbował. A i to dawno. Więc znów musiał sobie poprzestawiać myśli.
— Przywiozłem — powiedział z tego wszystkiego i poczuł nawet zadowolenie, bo to nieźle zabrzmiało. Taki lakoniczny wyszedł z zagrożenia.
— Ale nie tam, gdzie należało — uśmiechnął się mały, Gosse.
Pilot nie wiedział, czy to żarty.
— Jak to nie tam...? Przecież przyjęliście mnie. Wezwaliście — poprawił się.
— Musieliśmy.
— Nie rozumiem.
— Toż pan miał lądować w Graalu.
— No to po co ściągnęliście mnie z kursu?
Zrobiło mu się gorąco. Wezwanie brzmiało kategorycznie. Wprawdzie złapał wytracając szybkość radiowe doniesienie Graala o jakimś wypadku, ale mało co zrozumiał przez zakłócający szum. Naleciał bowiem ku Tytanowi od Saturna, żeby jego grawitacją wytracać pęd i tym samym oszczędzić paliwa, więc otarł się statkiem o magnetosferę olbrzyma, aż mu zatrzeszczało na wszystkich zakresach fal. Zaraz potem odebrał wezwanie tego kosmodromu. Nawigator musi usłuchać kontroli lotów. A tu nawet skafandra nie dali mu zdjąć, biorąc od razu na spytki. Duchem był wciąż nadal w sterowni, z pasami wrzynającymi się wściekle w barki i pierś, gdy rakieta uderzyła już rozkraczonymi łapami w beton, ale boostery do końca się nie wypaliły i łomocąc ogniem, wprawiały cały korpus w podrygi.
— O co chodzi? Gdzie miałem właściwie siąść?
— Pańska drobnica należy się Graalowi — wyjaśnił mały, wycierając zaczerwieniony nos.
