
— Killiana? — zdziwił się młody pilot. — Nie mam go na pokładzie. Oprócz mnie jest tylko Sinko, drugi pilot. Tamci zdębieli.
— Gdzie jest Killian?
— Teraz już pewno w Montrealu. Jego żona rodzi. Odleciał przede mną towarowym wahadłowcem, zanim wystartowałem.
— Z Marsa?
— Jasne, a skąd? O co chodzi?
— Bałagan panujący w kosmosie nie ustępuje ziemskiemu — zauważył London. Nabijał fajkę tytoniem z taką siłą, jakby ją chciał roztłuc. Był zły. Pilot też.
— To nie mogliście mnie spytać?
— Byliśmy pewni, że on leci z panem. Taki był ostatni radiogram.
Gosse znów wytarł nos i westchnął.
— Wystartować nie może pan już tak czy owak — odezwał się wreszcie. — A Marlin nie mógł się doczekać promienników. Teraz wszystko zwali na mnie.
— Przecież są — wskazał pilot głową mgłę za szybami, gdzie ciemniało wysmukłe wrzeciono jego statku. — Chyba sześć. A dwa gigadżulowe. Rozdmuchną każdą mgłę czy chmurę jak nic.
— Ale nie wezmę ich na plecy i nie zataszczę Marlinowi — odparował Gosse w coraz gorszym humorze.
Niedbalstwo i samowola podrzędnego lądowiska, które, jak powiedział kierownik, przechwyciło go po trzech tygodniach rejsu nie upewniwszy się, czy ma oczekiwanego pasażera, dotknęła pilota. Nie spieszył się z oświadczeniem, że będą się musieli sami zatroszczyć o jego fracht. Przed usunięciem awarii nie da rady, choćby i chciał. Milczał.
— Jasne, że zostanie pan u nas.
Z tymi słowami London dopił kawę i podniósł się z aluminiowego krzesła. Był ogromny jak zapaśnik ciężkiej wagi. Podszedł do szklanej ściany. Pejzaż Tytana, martwa wściekłość gór, nieziemskich barwą w rudej poświacie, dociśniętej brązowymi chmurami do ich grzbietów, stanowiła doskonałe tło dla jego postaci.
