
— Pirx? — spytał pilot ze zmienioną twarzą. — Komandor Pirx?
— Tak. Pan go zna?
— Czy go znam! — wybuchnął pilot. — Służyłem pod nim jako stażysta. On podpisał mój dyplom... Pirx? Przez tyle lat wychodził cało z najgorszych... — Urwał. Zagotowało się w nim. Podniósł oburącz hełm, jakby chciał nim rzucić w Gossego.
— Jak pan mu dał iść samemu Diglatorem? Jak pan mógł? Przecież to dowódca dalekiej żeglugi, a nie szofer...
— Znał te maszyny, kiedy pan chodził jeszcze w krótkich majtkach — odparł Gosse. Widać było, jak broni się przed zarzutem. London z kamienną twarzą podszedł do monitorów, między którymi Gosse siedział ze słuchawkami na szyi i przed nosem wytrząsał mu popiół z fajki do pustego aluminiowego bębna. Obejrzał ją, jakby nie wiedział, co trzyma, wziął w obie garście i fajka pękła. London cisnął kawałki, wrócił do okna i znieruchomiał, splótłszy na grzbiecie palce ściśniętych pięści.
— Nie mogłem mu odmówić...
Gosse zwrócił się niechybnie do Londona, który jakby nie słysząc, patrzał przez szkło w chybotliwe skłębienia rudej mgły. Już tylko dziób rakiety wynurzał się z niej chwilami.
— Gosse — odezwał się naraz pilot — pan mi da maszynę.
— Nie dam.
— Mam patent operatora tysięczników.
Gossemu oczy rozbłysły na mgnienie, lecz powtórzył:
— Nie dam. Pan nigdy nie operował na Tytanie.
Nic nie mówiąc, pilot zaczął zdejmować skafander. Odkręcił szeroki metalowy kołnierz, porozpinał barkowe zaczepy, pod nimi — zamek błyskawiczny, sięgnął głęboko za pazuchę i wyjął portfel zgnieciony długim noszeniem pod ciężką otuliną skafandra. Naramienne płaty rozwarły mu się, jakby rozprute. Przystąpił do Gossego i po kolei kładł przed nim papiery.
— To z Merkurego. Miałem tam Biganta. Japoński model. Osiemset ton. A tu prawo operowania tysięcznikami. Wierciłem na Antarktydzie lądolód szwedzkim zimnochodem, Krioperatorem.
