
Sześć sztuk dla Graala. Graal nie mógł przyjąć statku, bo nie nadążył z nowym betonowaniem kosmodromu. Kiedy wylądował pierwszy kontenerowiec „Achilles“, dziewięćdziesiąt tysięcy ton, całe zbrojenie płyt, komisyjnie zagwarantowane, trzasło. Dobrze, że się statek nie przewrócił. Wyciągali go z zapadliska do stoczni dwie doby. Na gwałt robili zastrzyki cementu, położyli ogniotrwałą wykładzinę i otwarli port. Ale te Diglatory stały u nas. Panowie eksperci uznali, że przewóz rakietą się nie opłaci, zresztą kapitanem „Achillesa“ jest Ter Leoni. Gdzie by on ruszył dziewięćdziesięciotysięcznikiem na sto osiemdziesiąt mil z Graala tutaj, czy taki grzmot to pchła? Marlin przysłał dwóch najlepszych kierowców. W zeszłym tygodniu przeprowadzili dwie maszyny do Graala. Już tam pracują. Przedwczoraj ci sami ludzie wrócili śmigłowcem po dalsze maszyny. Wyruszyli o świcie, w południe minęli Wielki Cypel i kiedy zaczęli schodzić, urwała się łączność. Zmarnowało się kupę czasu przez to, że prowadzenie przejmuje od Cypla sam Graal. Myśleliśmy, że się nie odzywają, bo są w naszym cieniu radiowym. — Gosse mówił to spokojnie i monotonnie. London stał tyłem przy szybach. Pilot słuchał.
— Tym samym śmigłowcem przyleciał z operatorami Pirx. Posadził swego „Cuiviera“ w Graalu i chciał się ze mną zobaczyć. Znamy się od lat. Helikopter miał go zabrać wieczorem, ale nie przyleciał, bo Marlin wysłał wszystko co miał na poszukiwania. Pirx nie chciał czekać. Albo nie mógł. Miał jutro startować i chciał być sam przy klarowaniu statku. No i wymógł na mnie, żebym mu dał wracać do Graala jednym z Diglatorów. Żądałem słowa, że pójdzie południowym szlakiem, dłuższym, ale poza depresją. Dał słowo i złamał. Widziałem go na ORSANIE, jak schodził w depresję.
— Co to jest ORSAN? — spytał pilot. Był blady. Pot wystąpił mu na czoło, ale czekał na wyjaśnienie.
— Orbitalny satelita patrolowy.