
— Fabuła?!
— Jak zwykle ma pan rację, L.M. A, przypadkiem, mamy fabuła — opowieść prawdziwą i co więcej, patriotyczną! Gdybym spytał pana, kto odkrył Amerykę — cóż by pan odpowiedział?
— Krzysztof Kolumb. Rok 1492.
— Tak myśli większość, ale w rzeczywistości te robotę odwalili Wikingowie.
— To Kolumb był Wikingiem? Byłem przekonany, że był Żydem.
— Dajmy spokój Kolumbowi. Na pięćset lat przed jego urodzeniem łodzie Wikingów wypłynęły z Grenlandii i odkryły ląd, który nazwano Winlandem. Jak dowiodły badania, była to część Ameryki Północnej. Pierwszą wyprawą dowodził Eryk Czerwony…
— Do diabła z tym pomysłem. Chcesz żebyśmy trafili na czarną listę za kręcenie filmów o komuchach?
— Proszę, niech pan zaczeka chwile. Po odkryciu przez Eryka, to miejsce zostało skolonizowane. Wikingowie przybyli tam i osiedlili się. Pobudowali domy, uprawiali role, a wszystkim tym kierował legendarny bohater Thorfinn Karlsefni…
— Co za nazwisko? O to też mi idzie. Już słyszę dialog w trakcie głównej sceny miłosnej… pocałuj mnie, najdroższy Thorfinnie Karlsefni, szepce ona! Do bani! Nie gorączkuj się tak, Barney.
— Nie może pan zmieniać historii, L.M.
— A co innego robiliśmy do tej pory? Nie mieszaj mi tutaj, Barney. Byłeś moim najlepszym reżyserem i kierownikiem produkcji, zanim ten wszawy dom wariatów doprowadził nas do ruiny. Weź się w garść. Kinematografia to nie produkcja pomocy szkolnych. Sprzedajemy rozrywka, a jeśli ta rozrywka nie bawi, to nie możemy jej sprzedać! Przynajmniej ja to tak widza. Weźmiemy tego Wikinga — nazwiesz go Benny, alba Carlo, albo dasz mu jakieś inne przyzwoite skandynawskie imię i stworzysz sagę o jego przygodach…
