
— Tutaj — stwierdził, wskazując teatralnie (i tym razem z nieporównanie większą precyzją) na metalową płytę, osadzoną na masywnych izolatorach — znajduje się serce Vremiatronu, miejsce, w którym odbywa się przemieszczenie. Nie mam zamiaru urządzać panom wykładu z matematyki ani tłumaczyć całej złożoności konstrukcji tej oto maszyny — przypuszczam, że byłoby to dla panów mało zrozumiałe. Sądzę, że najwłaściwszy będzie pokaz praktyczny. — Profesor schylił się i, pomacawszy chwile pod stołem, wyciągnął zakurzoną butelkę po piwie, po czym ustawił ją na metalowej płycie.
— Co to jest ten Vremiatron? — zapytał podejrzliwie L.M.
— To właśnie to! To, co właśnie pokazuje. Umieściłem nieskomplikowany obiekt w obrębie pola, które zaraz uaktywnię. Proszę uważać.
Hewett przekręcił wyłącznik i elektryczność wytrysnęła łukiem z umieszczonych w rogu transformatorów — wycie mechanizmu przeszło w przeraźliwy pisk, krawędzie przewodów rozjarzyły się oślepiająco, a powietrze wypełnił zapach ozonu.
Butelka po piwie rozmyła się na moment i ryk aparatury ucichł.
— Widzieliście panowie przemieszczenie? Niebywałe, nieprawdaż?
Profesor promieniejąc samozadowoleniem wyciągnął spod rysika papierową taśmę, upstrzoną atramentowymi wykresami.
— Wszystko zawarte jest tu, w zapisie. Ta oto butelka przeniosła się w przeszłość na okres siedmiu mikrosekund, by następnie powrócić do teraźniejszości. Wbrew temu, co głoszą moi wrogowie, urządzenie to jest sukcesem. Mój Vremiatron — nazwa pochodzi od słowa „vreme”, po serbochorwacku „czas”, na cześć mojej babki po kądzieli, która pochodziła z miasta Małe Łożne — jest pierwszym działającym wehikułem czasu.
L.M. westchnął i zawrócił ku schodom.
— Szaleniec — mruknął.
— Proszę go wysłuchać — błagał Barney — ten profesor ma naprawdę niezłe pomysły, a jeśli rozważa możliwość współpracy nawet z nami, to tylko dlatego, że wszystkie istniejące fundacje odrzuciły prośby o finansowanie jego badań. Jedyne czego potrzebuje, by puścić te maszynę w ruch, to trochę gotówki.
