
— Operacja zakrojona jest na możliwie jak najmniejszą skale. Ekipa składa się ze mnie, profesora, którego pan zna, oraz Blesteade’a, pańskiego szefa technicznego, z którym współpracuje pan od lat trzydziestu…
— Wiem, wiem… Ale ci trzej tutaj, co to za jedni? — L.M. wskazał palcem na dwóch milczących, czarnowłosych osobników odzianych w „levisy” i skórzane kurtki, oraz wysokiego, nerwowego mężczyznę o jaskraworudej czuprynie.
— Tych dwóch z przodu to Tex Antonelli i Dallas Levy, kaskaderzy.
— Kaskaderzy? Jakie znów cuda masz tu zamiar przepchnąć, ściągając tych dwóch lewych kowbojów?
— Czy nie zechciałby pan odprężyć się na chwile, panie L.M.? Realizacja tego projektu wymaga pomocy zaufanych ludzi, ludzi, którzy potrafią trzymać język za zębami, a w wypadku jakiegoś niebezpieczeństwa znają się dobrze na swojej robocie. Dallas służył w piechocie liniowej, a zanim pojawił się u nas, żył z rodeo. Tex — trzynaście lat w marines, potem pracował jako instruktor walki wręcz.
— A ten trzeci facet?
— To doktor Jens Lynn z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles, filolog. Wysoki mężczyzna powstał gwałtownie i skłonił się szybko w stronę biurka.
— Specjalizuje się w językach germańskich, czy w czymś takim. Będzie naszym tłumaczem.
— Czy wszyscy panowie tutaj, jako członkowie zespołu zdajecie sobie sprawę z wagi tego przedsięwzięcia? — spytał L.M.
— Płacą mi za to — rzekł Tex — że umiem trzymać gębę na kłódkę.
Dallas skinął głową na znak milczącej zgody.
— To unikalna okazja — dorzucił gwałtownie Lynn, z nieznacznym duńskim akcentem. — Wziąłem roczny urlop naukowy i jestem zdecydowany towarzyszyć panom nawet za nędzne pieniądze, jako konsultant historyczny… Wiemy przecięż tak mało o potocznym języku staronorweskim.
