
— W porządku, w porządku — chwilowo zupełnie uspokojony L.M. machnął ręką. — A teraz — jak wygląda nasz plan. Proszę o szczegóły.
— Mamy zamiar wybrać się w podróż próbną — odparł Barney — by sprawdzić, czy wszystkie urządzenia profesora naprawdę działają.
— Zapewniam pana… — usiłował wtrącić profesor.
— Jeśli tak — montujemy ekipę, piszemy scenariusz i kręcimy film na miejscu. I to na jakim miejscu! Cała historia otwarta dla szerokiego ekranu. Jesteśmy w stanie sfilmować wszystko, utrwalić…
— I uratować wytwórnie od bankructwa — przerwał mu L.M. — Żadnych godzin nadliczbowych, żadnych kłopotów z dekoracjami, żadnych problemów ze związkami zawodowymi.
— No, no! Uważaj pan — Dallas warknął, spoglądając spode łba.
— Rzecz jasna, nie miałem na myśli pańskiego związku — dorzucił pospiesznie L.M. — Cała ekipa zostaje zatrudniona od zaraz. Płaca według umów zbiorowych, ba, nawet wyższa, plus wszelkiego rodzaju premie. Ruszaj, Barney, póki jeszcze nie wygasł mój entuzjazm i nie wracaj tu bez dobrych nowin.
Kroki idących odbijały się głośnym echem w wąskim, betonowym przesmyku miedzy dwoma gigantycznymi studiami dźwiękowymi. Cisza i samotność wymarłej wytwórni sprzyjały zwątpieniu i niewesołym myślom na temat ogromnej skali całego przedsięwzięcia. Idąc, bezwiednie zbili się w ciasną gromadkę. Wartownik na zewnątrz gmachu zasalutował.
— Bezpiecznie jak u mamusi, sir. Absolutnie żadnych kłopotów. — Jego głos przełamał nienaturalną cisze.
— Świetnie — odparł Barney — prawdopodobnie zostaniemy tu do rana. Wie pan, robota specjalna, proszę uważać, by nikt nie kręcił się w okolicy.
— Mówiłem o tym kapitanowi. Wydał już chłopcom odpowiednie polecenia.
Barney zamknął za sobą drzwi na klucz. Spod podtrzymujących sufit krokwi rozbłysły światła. Magazyn był prawie pusty, z wyjątkiem kilku podpierających ścianę, zakurzonych dekoracji i oliwkowo szarej ciężarówki z płócienną plandeką i białą wojskową gwiazdą, wymalowaną na drzwiach.
