
Nikt już nie podróżował…
Chcesz swoje reklamy?
— Dawaj.
Patrzył na melanż grafiki, liter i uśmiechniętych twarzy, przesuwających się przed jego oczami po ścianie.
Większość tych reklam, które ze względów statutowych przeszły przez anielską cenzurę, przygotowywano na zlecenie wielkich kompanii, takich jak Microsoft-Disney, Coke-Boeing, IG Farben. Morhaim nigdy nie mógł pojąć, dlaczego nie mogły one zrezygnować choć z części pokrywających się chwytów i zredukować obowiązujących norm. Niektóre z tych obrazków były nachalnie trójwymiarowe i odstawały od ściany, chociaż nie dopracowano ich pod względem technicznym i miały tendencję do rozpadania się przy krawędziach na piksele, świetliste sześcianiki. Były też inne — jeszcze bardziej perfidne — skierowane do każdego indywidualnie; wołały po imieniu Morhaima albo jego syna Bobby’ego.
Pozwolił oczom śledzić akcję. Skanery siatkówkowe rejestrowały każde zamknięcie oczu albo skierowanie wzroku ponad obraz, a chwil nieuwagi nie zaliczano do limitu reklam. Nareszcie bombardowanie światłem i hałasy ustały. Kiedy Morhaim sprawdził czas, okazało się, że odwalił największą część swych obowiązków konsumenckich w ciągu pół godziny — całkiem niezły wynik pod każdym względem, nawet jeśli miało się potem sadzone jajka zamiast oczu. I cały czas kołatała mu się po głowie Sprawa. — Wracamy do roboty, Aniołku — rzekł zacierając ręce. Wirtualne ściany rozpłynęły się, nawet ta ze zwierciadłem Kopciuszka, i Morhaim wisiał teraz nad mostem Tower.
Kiedy udowodniono, przynajmniej w sensie prawnym, że wirusy są żywymi, myślącymi istotami, uchwaliliście dla nich amnestię.
Pozamykano wszystkie wytwórnie środków przeciwwirusowych; nawet programy wykrywające wirusy uznano za nielegalne. I to właśnie jednostka Roba Morhaima w CID
