
— Nic — zaskoczyło mnie to pytanie. — Jakieś ubranko od zimna. Nic więcej.
— Żadnego hełmu, nic?
— Nie, zupełnie nic.
— Tylko ubranko od zimna? — uśmiechnął się szyderczo. — A przecież wiemy, że na równiku temperatura rzadko wychodzi tam ponad zero. Wiemy też, że praktycznie na Marsie nie ma tlenu. Spektroskop potwierdza to stale od lat. Ciepłe ubranko, bez hełmu i tlenu. Ha!
Wpatrywałem się zdumiony w pogardliwie odwrócone plecy, gdy wychodzili. Tej jednej rzeczy nie mogłem w ogóle pojąć. No to co, że ich instrumenty pokazywały śladowe ilości tlenu na Marsie i temperaturę poniżej zera? Jako chłopiec bawiłem się na marsjańskiej pustyni. Byłem tam: to pamiętam bardzo dokładnie. Bez hełmu, w lekkim ubranku. Ach, te dzikusy i ich instrumenty.
— Lepiej stąd wyrywaj — Ferguson poradził mi, mrugając nieszczęśliwie lewą powieką. — Glina i psychiatra są jeszcze na korytarzu. Nie wyjdzie na dobre ani tobie, ani gazecie, jak cię zwiną. Lepiej zjedź windą dla obsługi. Aha, windą dla obsługi.
Wyszedłem na ulicę, rozmyślając nad tym, jak się teraz ze mną skontaktują emisariusze przyszłości. Najwyraźniej, używając określenia Burnsa, nie narobiłem zbyt wielkiego szumu. A może jednak? Może jeden z tych naukowców był emisariuszem przyszłości, obserwował mnie i szykował się do wysłania mnie z powrotem, zanim sprawię im więcej kłopotów w tych czasach.
— Cześć, ojczulku. Dzwoniłem do redakcji. Ciężka sprawa.
— Burns! — odwróciłem się z ulgą w stronę młodzieńca opartego o ścianę budynku. Jedyny przyjaciel, jakiego poznałem w tej szalonej, barbarzyńskiej epoce. — Nie dostałeś flirgelflipu? Wymienili go albo sprzedali, albo zgubili?
— Nie, ojczulku, nie dostałem flirgelflipu. — Wziął mnie delikatnie pod rękę. — Chodź, przejdziemy się.
— Dokąd? Znajdziemy ci pracę, jakieś zajęcie, do którego będzie pasował twój futurystyczny talent.
