
— A co to będzie.
— W tym problem. Brzydki, trudny problem. Nie ma zbyt wiele flirgu do flipowania w tych czasach. Tylko to umiesz robić dobrze, a za stary jesteś, żeby się wyuczyć innego zawodu. Ale człowiek musi jeść. Jak nie je, to ma dziwne sensacje i żałobne marsze w żołądku. No, cóż.
— Najwyraźniej myliłeś się co do tych emisariuszy przyszłości.
— Wcale nie. Przyciągnąłeś ich. I skontaktowali się z tobą.
— Przez kogo?
— Przeze mnie.
Zatrzymałbym się zdumiony dokładnie na drodze pędzącego pojazdu, gdyby nie pociągnęło mnie ramię Burnsa.
— Chcesz powiedzieć, że ty jesteś emisariuszem przyszłości? Zabierzesz mnie z powrotem?
— Tak, jestem emisariuszem przyszłości. Nie, nie zabiorę cię z powrotem.
Zdezorientowany potrząsnąłem ostrożnie głową.
— Obawiam się, że nie…
— Nie wracasz, ojczulku. Po pierwsze dlatego, że w ten sposób można oskarżyć Banderlinga o niszczenie praw wspólnotowej indywidualności, czyli ciebie. W ten sposób Instytut zdecyduje, że depresor promieniowania wymaga jeszcze lat badań i ulepszeń, zanim całkowicie zrównoważone jednostki będą mogły się do niego zbliżyć. W końcu podróż w czasie zostanie odkryta — we właściwym czasie — dzięki właściwemu zastosowaniu depresora promieniowania Banderlinga. Po drugie, nie wracasz, bo już nie możesz paplać o emisariuszach przyszłości, żeby nie zamknęli cię w takim urządzeniu bez klamek, gdzie goście noszą fartuchy zamiast płaszczy.
— Chcesz powiedzieć, że to wszystko było zaplanowane? To, że mnie spotkałeś, wykradłeś mi flirgelflip i przekonałeś, że muszę narobić szumu, jak to ująłeś, żeby wymanewrować mnie w sytuację, w której nikt w tym społeczeństwie mi nie uwierzy…
Skręciliśmy w prawo, w uliczkę pełną małych kafejek.
— Chcę powiedzieć, że to było więcej, niż zaplanowane. To było konieczne, żeby uznać Banderlinga za tego, kim naprawdę jest…
