
Tak zatem, jako Ambasador Świata, Rajasinghe zdobywał popularność przemierzając Ziemię od jednego do drugiego zapalnego miejsca, tutaj wzmacniając czyjeś ego, gdzie indziej oddalając groźbę kryzysu, z niedościgłą wprawą manipulując kategoriami prawdy. Nigdy, rzecz jasna, nie skalał się kłamstwem, to mogłoby mieć fatalne skutki. Bez niezawodnej pamięci Arystotelesa nigdy nie zdołałby powiązać wątków tych wszystkich spraw, z którymi przyszło mu się zmierzyć, aby ludzkość mogła żyć w pokoju. W końcu rozgrywka sama w sobie zaczęła sprawiać mu satysfakcję i to był znak, że pora się wycofać.
Rzecz miała miejsce dwadzieścia lat temu i nigdy nie zdarzyło się, by pożałował owej decyzji. Ci, którzy przewidywali, że nuda pokona tego, kto oparł się pokusom władzy, albo go nie znali, albo nie rozumieli kultury otaczającej Johana od dzieciństwa. Wrócił między pola i lasy młodości i zamieszkał o kilometr od wielkiej ponurej skały, obecnej we wszystkich wspomnieniach ze szczenięcych lat. Sama willa została wzniesiona wewnątrz niegdysiejszej szerokiej fosy otaczającej dawniej Ogrody Rozkoszy, a zbudowane przez architekta króla Kalidasy fontanny tryskały teraz na podwórku domu Johana, znów szemrały po dwóch tysiącach lat milczenia. Woda dopływała niezmiennie oryginalnymi, kamiennymi akweduktami, wszystko pozostało takie samo i tylko cysterny na szczycie skały napełniały się obecnie dzięki pracy pomp elektrycznych, a nie mozołowi spoconych niewolników. Zdobycie tego przesiąkniętego historią spłachetka ziemi pod emerycką siedzibę sprawiło Johanowi więcej satysfakcji, niż cala dotychczasowa kariera; oto spełniło się marzenie uznawane dotąd za nieziszczalne. Aby dopiąć swego, musiał sięgnąć po cały kunszt wprawnego dyplomaty i po cichu zaszantażować nawet Ministerstwo Archeologii. Później pojawiło się wprawdzie kilka interpelacji w parlamencie, ale wszyscy zbyli je milczeniem.
