
Barr spytał chłodno:
— Czego pan chce?
Riose uniósł do góry pustą filiżankę.
— Proszę posłuchać, patrycjuszu. Żyjemy w czasach, kiedy za żołnierzy, którym się powiodło, uważa się tych, których zadaniem jest przewodzenie paradom urządzanym w czasie świąt na terenie pałacu Imperatora i eskortowanie luksusowych statków wycieczkowych wiozących Jego Wysokość na letnie planety. Ja… ja jestem przegrany. Jestem przegrany w wieku trzydziestu czterech lat i takim już pozostanę. A jest tak dlatego, że chciałbym walczyć.
Właśnie dlatego wysłano mnie tutaj. Na dworze sprawiam za dużo kłopotów. Nie stosuję się do etykiety, obrażam fircyków i lordów admirałów, ale jestem zbyt dobrym dowódcą, żeby zesłać mnie na jakąś bezludną planetę gdzieś w otchłani kosmosu. No więc zdecydowano się na Siwennę. To świat pogranicza, niespokojna i słabo zaludniona prowincja. Daleko stąd do stolicy Imperium, wystarczająco daleko aby dwór mógł spać spokojnie.
Zgnuśnieję tutaj. Nie ma powstań, które trzeba by zdusić, a wicekrólowie pogranicza ostatnio nie zdradzają ochoty do buntu, przynajmniej od czasu jak nieodżałowanej pamięci nieboszczyk ojciec Jego Wysokości Imperatora dał wszystkim odstraszający przykład rozprawiając się z Mountelem Paramay.
— Silny Imperator — mruknął Barr.
— Tak, oby tacy rodzili się częściej. On jest moim panem, radzę o tym pamiętać. Strzegę tu jego interesów.
Barr wzruszył ramionami:
— Jaki to ma związek z przedmiotem naszej rozmowy?
— Wyjaśnię to w kilku słowach. Magowie, o których mówiłem, pochodzą z zewnątrz — z przestrzeni leżącej za strażnicami granicznymi, gdzie gwiazdy z rzadka są rozsiane…
