
– Jak na bezdomnego, zarośniętego niedźwiedzia to niezła sumka! A do hotelu ktoś musiał pana zaprowadzić. Kto?
– Nie wiem. Bałem się spytać. Człowiek w recepcji jest starym grubym Włochem. Wrzeszczy na swoją jeszcze grubszą żonę, że źle gotuje.
– Po jakiemu wrzeszczy?
Mężczyzna otworzył usta. Zanim je zamknął, mijały długie sekundy.
– No… po włosku. Chyba.
Bob zmarszczył brwi.
– A twierdził pan, ze nie zna włoskiego?
Mortimer przesunął dłonią po głowie. Cicho jęknął.
Pete skoczył jak oparzony.
– Niech pan pochyli głowę. Tak, jeszcze niżej. No jasne! Facet dostał w łeb, chyba maczugą. Ma rozciętą skórę, guz wielkości piłki do kosza i… po takim łupnięciu każdy by stracił pamięć.
Przez następne dziesięć minut Crenshaw zręcznie opatrywał rannego. Został nieźle przeszkolony na kursie ratowników plażowych.
Bob wgapiał się w czeki leżące na biurku. Były nieco zmięte, ale czyste. I wszystkie wystawione przez waszyngtoński oddział American Express. Na wszelki wypadek sprawdził dane w komputerze. Wszystko się zgadzało. Serie, numery, kod zabezpieczający.
– Co jeszcze miał pan w kieszeniach?
Mortimer pojękiwał, gdy Crenshaw wystrzygał mu włosy wokół rany.
– Nic. Tylko ten medalion na szyi.
Cała trójka rzuciła się, wyciągając ręce. Na srebrnym solidnym łańcuszku opalizująco połyskiwał medalion wielkości pokaźnej dolarówki, jakie dostaje się w kasynach gry w Las Vegas. Oprócz zawiłego ornamentu z liści wawrzynu, w oczy rzucały się dwie litery głęboko wyryte i zapełnione czarnym szkliwem: PO.
– Inicjały? – zamyślił się Jupiter.
– Całkiem możliwe – Bob poprawił okulary zjeżdżające na czubek nosa. – Ale próba dotarcia do prawdy może spełznąć na niczym. PO? I co dalej?
– Fakt. – Pete założył opatrunek. – Niech pan tego nie zrywa przez dwa dni. Potem zmienimy. Myślę, że pierwszy trop prowadzi na ulicę Veneziana. Trzeba przepytać grubego Włocha. Może nie tylko wrzeszczy na żonę. Może także pamiętać, kto pana tam przyprowadził.
