Bob ucieszył się. Włączył przycisk. Ekran rozjarzył się błękitną poświatą. Pojawiła się koperta i napis: odbierz e-mail!

– Ktoś do mnie? – kliknął myszą. – Patrzcie! Serduszko! To musi być list miłosny do Crenshawa.

Z ekranu uśmiechała się czarnowłosa piękność o lekko wystających kościach policzkowych.

– Vanessa! – warknął Jupiter. Nie znosił wielbicielek Pete’a. Pewnie z zazdrości, ale wolał o tym nawet nie myśleć. – Wyłącz ją, Bob! Nie mamy czasu na głupoty.

Pete nie zaprotestował. Zupełnie zapomniał o szkolnej koleżance. A przecież obiecał, że zabierze ją na mecz koszykówki pomiędzy Rocky Beach a chłopakami z Malibu.

– Jak pana znalazłeś, Bob? – spytał szybko, by nie tłumaczyć się z miłosnych listów wysyłanych e-mailem na służbowy komputer Kwatery Głównej.

– Przez przypadek. Mortimer stał na skraju chodnika, chcąc przejść na drugą stronę ulicy. Wyraźnie się bał. Stawiał stopę na jezdni, a potem szybko ją cofał. Spytałem, jak każdy dobrze wyszkolony skaut, czy mogę pomóc. I tak się poznaliśmy.

– Gdzie pan mieszka? – Jupiter starał się wyobrazić sobie rysy nieznajomego.

– Ulica nazywa się Veneziana. Tyle wiem. Wyszedłem z takiego taniego hoteliku. Pokój ma numer osiemnaście. – W ręku Mortimera zabłysł srebrny, pospolity klucz. Zamek, do którego pasował, można było otworzyć wykałaczką.

– Włoska dzielnica – stwierdził Bob, powiększając na ekranie plan miasta. – Jest Veneziana. W najgęściej zaludnionej części Rocky Beach. Są tu jeszcze drewniane domy pamiętające czasy Ala Capone’a. Mówi pan po włosku?

– Nie sądzę. W jednym ze snów widuję zielone wzgórza. W innym biały dom w ogrodzie.

– Miewa pan sny?

– Tak. W kolorze. Ale wszystkie kończą się czarną dziurą. Kiedy się obudziłem trzy dni temu, w kieszeni miałem zwitek banknotów studolarowych i trzy czeki…

– Na jakie nazwisko? – wrzasnął Crenshaw.

– Czeki American Express. Na okaziciela. Warte trzy tysiące.



3 из 85