
– Raz. Jakiś mężczyzna.
Jupiter zamarł.
– I?
Hotelarz wzruszył ramionami. Z kuchni dochodził piskliwy kobiecy głos.
– Poprosił do telefonu pana spod osiemnastki. Nie podał nazwiska. Swojego też nie.
– Rozmawiali?
– No nie. Osiemnastki nie było w hotelu. Idę już, idę! Porca Madonna! Panowie, żona woła…
Jupiter dał hasło do odwrotu.
– Niczego więcej się nie dowiemy. Nasz Mortimer nadal pozostaje nierozszyfrowanym problemem. Chyba że…
– Że co? – Bob sadowił się na przednim siedzeniu forda.
– Że znajdziemy niejaką Clarissę Montez. Z nazwiska sądząc, to Włoszka lub Meksykanka. Tylko ona jest w stanie posunąć śledztwo do przodu.
– A jeśli podała fałszywe nazwisko? – Pete z radością opuszczał zapyziałą dzielnicę.
– To śledztwo się nie posunie – mruknął Jupiter, walcząc z pierwszym biegiem. – Jak zamierzamy szukać tej Montez?
– W spisie mieszkańców Rocky Beach albo w kartotece policji. Sierżant Mat Wilson ma wobec nas stare zobowiązania.
– W jakim sitkomie ty żyjesz? – roześmiał się Bob. – Mat Wilson najchętniej by nas wystrzelił w kosmos. Z przylądka Canaveral. Zawsze sprawia wrażenie, jakby chciał każdego z osobna przejechać samochodem!
– To kto by w tym mieście rozwiązywał detektywistyczne zagadki? – westchnął Pete. – Bez nas nie ma życia na całym Zachodnim Wybrzeżu!
Jupiter Jones hamował przy krawężniku.
– George Lawson – powiedział twardo. – Konstabl Lawson musi sprawdzić nazwisko Montez w swoim rejestrze. Jest głupi jak but z lewej nogi, ale on jeden ma dostęp do komputerowych danych.
– O, Boże! – westchnął Pete, wyłażąc z wozu. – Kiedy Lawson wyciąga rękę, by sprawdzić, czy deszcz pada, ludzie dają mu jałmużnę!
– Ta robota zaczyna mu zżerać mózg, który, jak wiemy, nie jest większy od pączka.
Bob otworzył drzwi Kwatery Głównej.
– Nie ma go! – wyszeptał zaskoczony.
– Kogo? – Jupe jeszcze nie kojarzył.
