Nie ulegało wątpliwości, że w Szpitalu nie zbywa na wolnej przestrzeni i że pracujący razem starają się też razem jadać. Gurronsevas miał tylko nadzieję, że wszyscy nie musieli zamawiać tego samego.

Zastanowił się, czy dałoby się przyrządzić danie, które każdy ciepłokrwisty tlenodyszny zjadłby ze smakiem, i doszedł do wniosku, że to prawdziwe wyzwanie dla wielkiego Gurronsevasa. Nagle ktoś wpadł na niego z tyłu.

— Nie stój w przejściu! — usłyszał od Kelgianki o srebrnym futrze, która przepchnęła się obok.

— Jak będziesz tak stał i patrzył, to zagłodzisz się na śmierć — dodała jej towarzyszka.

Gdy zrobił kilka kroków do środka, dotarło do niego, że jest głodny, ale ciekawość była silniejsza. Chciał bliżej przyjrzeć się temu pięknemu owadopodobnemu, który unosił się nad stołem dla Melfian. Poniżej było wolne miejsce.

Obcy rzeczywiście był owadem, co przy stole dawało się stwierdzić ponad wszelką wątpliwość. Wielkim, niezwykle kruchym owadem, który jednak w zestawieniu z pozostałymi istotami w jadalni wydawał się drobny. Miał podłużne, zewnętrznoszkieletowe ciało, z którego wyrastało sześć cienkich jak słomki nóg, cztery jeszcze delikatniejsze manipulatory oraz trzy pary uderzających powoli skrzydeł. Istota wisiała prawie nad blatem i zwijała na jednej z kończyn nitkowaną, ciągnącą się z lekka substancję, którą przenosiła następnie do otworu gębowego. Gurronsevas bez trudu rozpoznał ziemskie spaghetti.

Przede wszystkim jednak, z bliska owa istota była jeszcze piękniejsza. Jej głos przypominał melodyjne trele, niemalże sam w sobie był muzyką.



16 из 238