Powinien dźwignąć się z fotela i udać się do łóżka, lecz był to wysiłek ponad jego siły. Powinien zadzwonić na lokaja, który po prostu zaniósłby go do sypialni. Ale nie miał nawet siły podejść do dzwonka. Poza tym wątpił, czy zdołałby zasnąć. Z doświadczenia wiedział, że po tęgim pijaństwie zdecydowanie bardziej odpowiadała mu pozycja wertykalna niż horyzontalna.

Co za diabeł go podkusił, by tak bardzo przebrał miarę?

Nawet pijaństwo nie przyniosło zapomnienia, i dobrze wiedział dlaczego. Dziedziczka. Panna Plunkett. Nie… lady Sarah Plunkett. Co za nazwisko! A na nieszczęście dzierlatka miała buzię i usposobienie całkowicie pasujące do nazwiska. Na Boże Narodzenie zamierzała pojawić się w Conway w towarzystwie swoich rodziców. Emma, jego najmłodsza siostra, wspomniała o tym w liście, który dotarł doń tego ranka… to znaczy ranka poprzedniego dnia. Dodał dwa do dwóch i nieuniknienie wyszło mu cztery. Nie potrzebował znajomości arytmetyki ani umiejętności dedukcji.

List od ojca, który czytał w następnej kolejności, stawiał sprawę dużo bardziej dosadnie. Święta w Conway spędzi nie tylko panna Plunkett i jej rodzice, ale ma też dołączyć Julian i okazać dziewczynie wielkie zainteresowanie. Ostatecznie Julian liczył już dwadzieścia dziewięć lat, a na razie nie wybrał dla siebie żadnej panny. Ojciec i tak już wystarczająco długo okazywał cierpliwość. Ponieważ miał tylko jednego syna, a pięć córek, z których trzy były jeszcze niezamężne, jego obowiązkiem jako rodzica…

Wicehrabia Folingsby przeciągnął palcami wolnej ręki po włosach i zerknął na stojącą nieopodal karafkę z brandy. Naczynie znajdowało się wręcz nieprzyzwoicie daleko.

Nie zamierzał poślubić panny Plunkett, to tyle! Jasno i prosto.



2 из 79