
Jego lordowska mość ponownie zerknął z desperacją w stronę karafki z brandy, lecz żadną miarą nie był w stanie dźwignąć się z fotela i wprawić nóg w ruch.
W porannej poczcie znajdował się jeszcze jeden list. Od Bertiego. Bertrand Hollander był jego serdecznym przyjacielem i współspiskowcem przez wszystkie lata spędzone w szkołach i na uniwersytecie. Wciąż pozostawali sobie bliscy, choć Bertie większość czasu przebywał w północnej Anglii, gdzie nadzorował swoją posiadłość. Ponadto miał domek myśliwski w Norfolkshire oraz kochankę w Yorkshire i podczas Bożego Narodzenia zamierzał przedstawić ją Julianowi. Od spędzenia świąt w gronie rodzinnym wymówił się polowaniem w towarzystwie przyjaciół. Naprawdę zaś zamierzał spędzić tydzień ze swoją Debbie z dala od ciekawskich oczu postronnych osób. Pragnął, by dołączył do nich również Julian ze swoją utrzymanką.
Julian chwilowo nie miał żadnej kochanki. Z ostatnią rozstał się przed kilkoma miesiącami, gdyż wieczory spędzane w jej towarzystwie stały się w równym stopniu przewidywalne i tak samo nudne jak wieczory spędzane na cotygodniowych, bezbarwnych balach w Almack. Później nawiązał sympatyczny, satysfakcjonujący obie strony, romans z pewną wdową. Była cieszącą się szacunkiem damą o nieskazitelnej reputacji i Julian w żadnym wypadku nie mógł zaproponować jej uroczego, pełnego grzechów tygodnia w towarzystwie Bertiego i jego Debbie.
Do licha, byłem bardziej pijany, niż sądziłem, pomyślał nieoczekiwanie Julian.
