
Neeve zadrżała. W taksówce było zimno. Kierowca widocznie obserwował ją w lusterku, bo powiedział:
– Przepraszam panią, ogrzewanie nie za dobrze działa.
– Nie szkodzi.
Odwróciła wzrok, żeby uniknąć rozmowy. „Gdyby” wciąż wypełniało jej myśli. Gdyby zabójcę złapano i skazano przed laty, Myles mógłby odbudować swoje życie. W wieku sześćdziesięciu ośmiu lat wciąż był atrakcyjny i mnóstwo kobiet spoglądało w szczególny sposób na tego szczupłego, barczystego mężczyznę z gęstą czupryną przedwcześnie posiwiałych włosów, intensywnie niebieskimi oczami i nieoczekiwanie ciepłym uśmiechem.
Tak głęboko pogrążyła się w myślach, że nawet nie zauważyła, kiedy taksówka stanęła przed sklepem. Na kremowo-błękitnej pasiastej markizie widniał pełen zakrętasów napis: „Salon Neeve”. Okna wystawowe, wychodzące na Madison Avenue i Osiemdziesiątą Czwartą Ulicę, lśniły od wilgoci, która dodawała połysku nieskazitelnie skrojonym jedwabnym letnim sukniom na manekinach ustawionych w wyszukanych pozach. To Neeve wpadła na pomysł, żeby zamówić parasole wyglądające jak parasolki od słońca. Na ramionach manekinów udrapowano zwykłe płaszcze przeciwdeszczowe w jednym z kolorów nadruku na sukniach. Neeve żartowała, że to jej wersja hasła „nie bądź szara w deszczu”, która jednak odniosła oszałamiający sukces.
